'DOPÓKI WALCZYSZ JESTEŚ ZWYCIĘZCĄ'

"Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść..." - Grzegorz Markowski rozbrzmiewa w głośnikach. Te słowa bardzo pasują do ostatnich wydarzeń. Przyznam, że z pewnym strachem oglądałem walkę Marka Colemana z Randym Couturem.

Nie bałem się o ich zdrowie, o to, że komuś stanie się krzywda. Bałem się o to, że wielu ludzi znowu nie zrozumie psychiki fightera, który właśnie przegrywa walkę z najcięższym przeciwnikiem - upływającym czasem. Z przeciwnikiem, który w z góry wygranej walce zabiera najważniejsze trofea. Bałem się o to, że znowu usłyszę komentarze w stylu "koniec z nim, powinien iść na emeryturę".

Parę lat temu oglądałem ostatni z serii film o opowiadający o losach Rocky'ego Balboa. Film bezlitośnie zmieszany z błotem przez krytykę, mnie zachwycił. Poruszał bardzo ważny problem, którego nie zrozumie widz, a który prędzej czy później dotknie każdego sportowca. Najboleśniej zaś tego, który walczy. Ludzie nie rozumieją, jak wielki to cios w dumę mężczyzny, zobaczyć w oczach bliskich zwątpienie w swoje umiejętności. Usłyszeć od tych, którzy wierzyli w Ciebie całe życie - "Nie dasz rady, jesteś już za stary". Najbardziej chyba boli to wtedy, gdy w głębi czujemy, że to prawda.

Mark Coleman w swojej karierze udowodnił, że potrafi walczyć. Był pierwszym mistrzem UFC w wadze ciężkiej, zdobył mistrzostwo Grand Prix federacji Pride FC w 2000 roku. Ma też swoje miejsce w zaszczytnym Hall of Fame UFC, miejscu, do którego wstęp mają tylko Ci najlepsi. Ale wczoraj nie pokazał walki życia, i nie pokaże jej już nigdy. Jego ruchy były ograniczone, nie miał już tej szybkości, zwinności czy wyczucia. Nie zdobędzie ponownie pasa UFC, ale ja bardzo cieszę się, że do tej walki doszło. Mogę tylko wyobrazić sobie, jak ważna była dla niego, ile prawdy było w tym, gdy "The Hammer" deklarował, że dla niego to najważniejsza walka w karierze. Podczas gdy jego rówieśnicy siedzą przed telewizorem, hodując mięśnie piwne swoją aktywność fizyczną ograniczają jedynie do przeskakiwania po kanałach - ponad 10 tysięcy osób przyszło by oglądać prawdziwą legendę MMA prawdopodobnie po raz ostatni w akcji. Moim głębokim marzeniem jest, by szczególnie młodsi fani mieszanych sztuk walki zrozumieli, że prawdziwi fighterzy tacy jak Mark Coleman, u schyłku swej kariery walczą już głównie dla siebie. I idą nie tylko po to by wygrywać. Idą po to, by udowodnić sobie i innym, że ciągle potrafią walczyć, że mimo upływu lat dalej stanowią zagrożenie.

Przez wielki szacunek prezentuję poniższy film, który przybliża postać jednego z najbardziej zasłużonych dla MMA zawodników, świetnego fightera i kochającego ojca.

"Dopóki walczysz - jesteś zwycięzcą" - Św. Augustyn.

MARK "THE
 HAMMERCOLEMAN
 

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.