OD POCZĄTKU, DO KOŃCA: ANDRZEJ GRZEBYK

Przedstawiamy wam nową serię wywiadów na naszym portalu 'Od początku, do końca', będzie ona poświęcona ciekawym talentom MMA, którzy opowiedzą o swoich początkach, o swoim życiu, jak i o całej karierze. Co miesiąc będziecie mogli poznać sylwetkę jednego zawodnika oraz jego całą historie.

Zaczynam tą serię od 26-letniego Andrzeja Grzebyka z Tarnowa, który dysponuje rekordem dziesięciu zwycięstw oraz trzech porażek. Zawodnik, który zaczynał od K-1, zawalczył w MMA aby się spróbować i sprawdzić, jednak teraz jest to już jego całe życie. Już kariera amatorska Andrzeja to wiele osiągnięć, a także nieskazitelny rekord, który nie zdarza się często u zawodników początkujących. Reprezentujący Legion Team Tarnów fighter zadebiutował w roku 2012, stoczył cztery pojedynki, wszystkie wygrał w efektowny sposób. W samym debiucie znokautował rywala po 8. sekundach. Grzebyk kolejny rok zaczął od dyskusyjnej porażki z Livio Victoriano na punkty, a następnie stoczył emocjonujący bój z Kamilem Szymuszowskim, który dziś jest czołowym zawodnikiem kategorii półśredniej w KSW. Kolejna walka w PLMMA trwała niecałą rundę, lecz emocji w starciu z Łukaszem Bieńkowskim nie brakowało. Niestety Andrzej przegrał przez ciężki nokaut, ale początkowo to on dominował nad przeciwnikiem. Podopieczny Radosława Piechnika w roku 2014 stoczył trzy ważne walki, kiedy to przed czasem odprawił Remigiusza Rajwę, następnie stoczył kolejny krwawy bój z utalentowany Midaugasem Verzbickasem, a zakończył rok na wypunktowaniu solidnego zapaśnika Michała Pietrzaka. Co ciekawe, Andrzej miał zadebiutować także w mocno rozwijającej się federacji PROMMAC, jednak po dobrym początku, zakończyła działalność na rynku. Mimo to Grzebyk doczekał się kontraktu z prestiżową organizacją w Polsce, jaką jest teraz FEN. W debiucie, po bardzo ciekawej walce na 9 edycji, przegrał po również dyskusyjnej decyzji sędziów z Alessio Di Chirico, którego teraz oglądamy w największej federacji na świcie. W poprzednim roku fighter z Tarnowa stoczył dwie walki, przed czasem odsyłając Alexeya Repalova w Katowicach na FEN 14 oraz Floriana Harringera z Austrii, na gali w Krakowie.

- Cześć Andrzej. Jak zaczęła się twoja przygoda i zainteresowanie MMA?
Andrzej Grzebyk:
Siemaneczko. Moje zainteresowanie MMA zrodziło się bardzo naturalnie. Najpierw były niespożyte pokłady energii, więc sporty walki wydawały się idealnym rozwiązaniem, potem był kickboxing, a dokładnie formuła K-1 i przyszedł czas na MMA. Była to czysta chęć spróbowania czegoś nowego. Nie byłem pewien, czy odnajdę się w parterze, zapasach czy ju-jitsu, ale podobał mi się ten rodzaj walki, więc zdecydowałem się spróbować. Były to zupełnie nowe płaszczyzny dla mnie. Wszystkiego musiałam się nauczyć od podstaw. Ale na tyle mnie to wciągnęło, że jestem w tym do dziś.

- Może na samym początku myślałeś też, aby zostać innym sportowcem?
AG: Zdecydowanie tak. Zarówno w podstawówce jak i gimnazjum byłem bardzo aktywny. Grałem w drużynie piłki nożnej, siatkówki oraz miałem spore osiągnięcia w tenisie stołowym. Na tamten moment najbardziej marzyła mi się kariera siatkarza. Ponoć byłem całkiem niezły, miałem nawet możliwość grania w jednej z lepszych drużyn. Jednak treningi odbywały się w Rzeszowie, i codzienne dojazdy na tamten moment były zbyt kosztowne. A może i lepiej, bo kto wie, jak dziś potoczyłyby się moje losy.

- Co zacząłeś trenować na początku i jak trafiłeś do Legion Team Tarnów?
AG: Moja przygoda z MMA zaczęła się od kickboxingu, a dokładniej od formuły K-1. Przez pewien czas uczęszczałem na trening w tej właśnie formule. Kolejnym krokiem było pójście na trening do mojego obecnego trenera Radosława Piechnika, wtedy jeszcze w Rzeszowie. Miałem już za sobą stoczone walki w K-1, a parter i zapasy zafascynowały mnie, więc zacząłem coraz więcej trenować i po niedługim czasie zaczęły się moje starty w MMA. Pojechałem na pierwsze zawody amatorskie w tej formule i udało mi się wygrać, idąc za ciosem stoczyłem ok. 15 walk, wszystkie wygrywając. Po paśmie sukcesów przyszedł czas na starty zawodowe i oto jestem zawodnikiem MMA.

- Wielu mówi, że od dziecka oglądało walki swojego idola. Kim był twój idol?
AG: W moim przypadku może nie od dziecka, ale od kiedy tylko zacząłem uprawiać sporty walki. Zawodnikiem, którego walki potrafię oglądać po kilka razy, którego regularnie śledzę karierę i można powiedzieć, że jest moim wzorem do naśladowania, jest Mirko „Cro Cop” Filipovic. Sam wywodzę się z kickboxingu, więc w pewnym sensie utożsamiam się z nim. Szybkość i siła jego lewej nogi to fenomen, mój wyznacznik „perfekcyjnej lewej nogi”. Jego kopnięcia, nokauty, styl walki robią na mnie naprawdę duże wrażenie. Tak, chyba można powiedzieć, że jest to mój przysłowiowy idol.

- Czy Ty także jak inni oglądałeś: 'Rockyego', czy od razu z grubej rury interesowałeś się UFC czy Pride?
AG: Tak naprawdę popularność MMA dopiero rośnie w siłę. Jeszcze kilka lat temu pewnie ani ja, ani wielu fanów, a nawet zawodników MMA, nie miało styczność z tym sportem, z federacjami MMA, a już na pewno nie z tymi zagranicznymi. Owszem oglądałem walki Pride w latach jego świetności, a UFC to mój szczyt marzeń i staram się być w miarę na bieżąco, jeżeli tylko czas mi na to pozwala. Co do Rocky'ego, to oczywiście, chyba jak każdy oglądałem go chyba ze sto razy. Jest to klasyka kina, a kultowa scena wbiegającego Sylwestra Stallone’a na schody przed Muzeum w Filadelfii, często pojawia mi się przed oczami, jak mam do pokonania podobne. Po za tym ścieżka dźwiękowa z filmu jest mega motywująca, Eye Of the Tiger, Going The Distance czy Gonna Fly Now, to najczęściej odtwarzane pozycje na mojej biegowej playliście, naprawdę potrafią zmotywować do działania.

- Andrzej Grzebyk w dzieciństwie należał do spokojnych dzieci, czy jednak rodzice musieli odbierać syna po szkolnych bójkach?
AG: Ojj, zdecydowanie nie można powiedzieć, że byłem spokojnym dzieckiem. Wszędzie było mnie pełno, gdzie coś się działo, tam byłem ja. Szkolne bójki zdarzały mi się bardzo często, skłamałby mówiąc, że to było kilka incydentów. Jeszcze w szkole średniej niejednokrotnie rodzice byli wzywani. Nie ma się czym chwalić, ale tak właśnie było.

- Zacząłeś od ciekawej kariery amatorskiej, także miałeś w tej dziedzinie osiągnięcia. Opowiedz więcej o tym.
AG: Jeżeli chodzi o starty amatorskie, to muszę to podzielić na dwa okresy. Jeden startów w kickboxingu, a drugi MMA. Jeżeli chodzi o kickboxing to udało mi się wziąć udział w kilka zawodach amatorskich, w tym zdobyłem tytuł v-ce Mistrza Polski w Lowkicku, do finału nie wszedłem, gdyż dopadła mnie kontuzja. Kolejnym moim osiągnięciem było podium i brązowy medal na Mistrzostwach Polski K1, tam również nabawiłem się niestety kontuzji i musiałem zadowolić się jedynie brązem. Brałem również udział w Pucharze Świata w Szeged, niestety przegrałem z kilkukrotnym Mistrzem Białorusi. Co do startów w walkach amatorskich MMA, to miałem na tyle szczęścia, że nikomu nie udało się mnie pokonać. Dobra passa trwała i nie pozostawało nic innego, jak się cieszyć. Poczynając od zawodów w Bochni, gdzie podejmując się startu w pewnym sensie ciągle czułem się kickbokserem i nie do końca byłem pewien, czy jestem gotowy, ale udało się wygrać wszystkie 4 walki i stanąłem na najwyższym podium. Kolejnym startem były zawody w Teresinie, gdzie również po 3 walkach wygrałem cały turniej w ograniczonej formule, na tych zawodach startowałem jako młodzieżowiec. Na kolejnych zawodach w Sochaczewie, również udało mi się zdobyć złoty krążek. Ostatnim amatorskim startem były zawody również w Sochaczewie, gdzie po 4 walkach w formule full contact zdobyłem tytuł mistrza Polski senior.

- Rok 2012, Andrzej Grzebyk debiutuje w MMA. Jakie wspomnienia z samego debiutu masz, czy był to duży stres?
AG: Wiadomo, każdy start niesie za sobą duży stres. Wydawałoby się, że ten pierwszy powinien być najgorszy, jednak z perspektywy czasu wcale tak nie było. Wprawdzie nie wiedziałem co mnie czeka, a dodatkowo czułem presję, ale może i dzięki temu podszedłem do tej walki z odpowiednim zapałem, a jednocześnie dystansem. I tak oto okazało się, że ten dzień stał się jednym z najpiękniejszych dni w moim życiu, spełniło się jedno z moich marzeń. Wygrywając miałem poczucie, że stałem się prawdziwym zawodnikiem MMA. Pamiętam jak bardzo byłem skupiony na swoim celu, a przy tym zmotywowany, bo wiedziałem, że właśnie tego dnia może na poważnie zacząć się moja przygoda w świecie MMA. Dodatkowo do tych wszystkich emocji, przemyśleń, dochodziło uczucie, że nie mogę zawieść trenerów, kibiców, rodziny, przyjaciół, których przyjechali tam dla mnie, a przy tym również nie zawieść siebie samego. Wiedziałem ile pracy, poświęcenia włożyłem, aby być w tym miejscu. Kiedy usłyszałem gong, wiedziałem, że muszę wyjść z tej klatki z podniesioną ręką i tak się stało. Wygrałem przez nokaut w pierwszej rundzie, a dokładnie w 8 sekundzie walki. Pamiętam jak byłem bardzo szczęśliwy.

- Wiemy, że zaczyna się także na początku od małych pieniędzy, od średnich warunków. Mocno cię to wstrzymywało, czy dalej startować, może był taki moment?
AG: Tak naprawdę na początku pieniądze nie grały dużej roli w tym wszystkim. Nie zastanawiałem się wtedy, czy to będzie mój sposób na życie, czy tylko pasja. Chciałem spełniać marzenia i robić to, w czym czułem się dobry. A cała reszta przyszła z czasem sama.

- Wracając do roku 2012, stoczyłeś cztery walki, wszystkie to zwycięstwa. Dwie stoczone w Coloseum, a dwie w MMA Night, dobre tempo.
AG: 2012 r. był dobry rokiem dla mnie. Było wiele propozycji, więc i wiele startów. Szliśmy za ciosem. Każda wygrana motywowała do kolejnej. Czułem, że jestem w bardzo dobrej formie. Pewnie gdyby pojawiły się kolejne możliwości, to stoczyłbym jeszcze więcej walk.

- W następnym roku zacząłeś od porażki z Livio Victariano, lecz później był bardzo udany. Ty podkreślałeś jednak, że w tym pojedynku byłeś oszukany.
AG: Może niekoniecznie oszukany, ale pokrzywdzony. Nie czułem się przegrany i dlatego może trudno było mi się pogodzić z tą decyzją. Może jeżeli kiedyś Livio wróci do MMA, to uda mi się namówić go na rewanż.

- Kolejna walka to debiut w PLMMA, na 14 edycji pokonałeś po ciekawej walce Kamila Szymuszowskiego.
AG: Bardzo pozytywnie wspominam tą walkę, zostanie ona na długo w mojej pamięci. Wychodziłem do niej po mojej pierwszej porażce, czułem presję. Głowa już była nie ta sama co przy paśmie zwycięstw. Dodatkowo miałem świadomość, że Kamil był bardziej doświadczony niż ja oraz że ta wygrana byłaby dla mnie bardzo wartościowa. Nie ukrywam, że była to jedna z moich najcięższych walk. Kamil pokazał serducho do walki oraz utwierdził mnie w przekonaniu, że jest naprawdę mocnym zawodnikiem. Mimo wszystkich jego atrybutów, udało mi się zwyciężyć po trzech ciężkich rundach. I to właśnie moja ręka została uniesiona w górę. Myślę, że było to moje najcenniejsze zwycięstwo.

- Jest też taki, może nie ból, ale może żal, że mając na rozkładzie takiego zawodnika, to nie ty zasilasz najlepszą organizacje w Polsce?
AG: Nie patrzę na to z takiej perspektywy. Cieszę się z miejsca, w którym jestem teraz i nie zastanawiam się nad tym, co by było gdyby. Swoją organizację również uważam za jedną z najlepszych w Polsce. Na chwilę obecną nie mam jej nic od zarzucenia. Wychodzę z założenia, że na wszystko przyjdzie czas. MMA jest bardzo wymagającym sportem, nie tylko fizycznie, ale głównie psychicznie. Chcę małymi krokami iść do celu. Mieć wszystko poukładane w głowie i czuć się gotowy psychicznie na kolejne etapy w swoim życiu. Łatwo jest się pogubić, potem żałować, zastanawiać czy dobrze zrobiłem. Jestem obecnie na etapie ciągłej pracy, doskonalenia swoich umiejętności. Bardzo dużo się uczę, codziennie zdobywam nowe doświadczenie. Bycie zawodnikiem takiej czy innej federacji, to nie tylko wyjście do klatki. To ciężka praca na wielu płaszczyznach, umiejętność pracy z kamerą, ciągłe wywiady, popularność, hejty, media społecznościowe, etc. Nie wystarczy wyjść, zawalczyć i wakacje. Niestety nie ma tak łatwo. Ten sport, moi trenerzy i najbliżsi też uczą mnie dużej pokory. Nie chcę osiąść na laurach i wykrzykiwać, że coś mi się należy. Myślę, że i na mnie, jeżeli będzie miała przyjść pora, to przyjdzie. Może od tej, a może od innej federacji. Cierpliwie czekam i ciągle robię swoje.

- W tym samym roku stoczyłeś wojnę z Łukaszem Bieńkowskim, po dobrym początku przegrałeś, chyba ta porażka najbardziej bolała?
AG: Tak, ta porażka boli do dziś i niejednokrotnie kiedy ktoś mi o niej przypomina, to jestem zły na siebie. Czułem, że mam pełną kontrolę w oktagonie i chyba poniosła mnie fantazja. Byłem pewien, że sędzia przerwie pojedynek, chwila nieuwagi, pewność wygranej i bam, nokaut. Ten sport jest bardzo nieprzewidywalny i ciągle się z tym oswajam. Oglądam wiele walk, których wyniki zaskakują mnie nieustannie.

- Byłeś po prostu znokautowany, jest to ciężkie uczucie dla zawodnika?
AG: Nastaje ciemność (śmiech), a tak na poważnie to było kilka sekund, nawet nie do końca pamiętam jakie to uczucie. Na szczęście nie odczułem tego na zdrowiu, bo tego samego dnia do rana bawiłem się na weselu, tyle mojego, po tej porażce, że do rana mogłem sobie pofolgować ze wszystkim. Może humoru trochę brakowało, ale ktoś przegrywa, żeby ktoś inny mógł wygrać.

- Rok 2014, to szybkie zwycięstwo z Remigiuszem Rajwą?
AG: Dokładnie tak, ale było to pewnie też wynikiem tego, że w pierwszej wersji miał to być rewanż z Livio, do którego nie doszło. Podejrzewam, że Remigiusz nie miał tak długiego okresu przygotowawczego, jak ja. Fakt faktem, jestem wdzięczny, że podjął rękawice, dzięki czemu mój cały okres przygotowawczy nie poszedł na marne.

- Kolejna walka miała być z Ireneuszem Cholewą, był jednak twardy Mindaugas Verzbickas. To była kolejna mocno bitwa.
AG: Dokładnie tak i ta walka stała się najkrwawszą walką w mojej dotychczasowej karierze. Moja twarz wyglądała dość ciekawie po tym pojedynku. Dużo energii i krwi zostawiłem w ringu. Litwin wyglądał bardzo niepozornie, a okazał się bardzo twardym zawodnikiem. Choć muszę przyznać, że już po przeanalizowaniu jego walk wiedzieliśmy, że nie będzie to łatwe starcie. Patrząc na rozwój jego kariery po przegranej ze mną, łatwo dostrzec jak dobrej klasy zawodnikiem jest Verzbickas.

- Na koniec zadebiutowałeś w ciekawie prezentującej się federacji KOMMA, wypunktowałeś Michała Pietrzaka. Mimo, że zawodnik nie miał dużego doświadczenia, to jednak nie był żadnych ogórkiem.
AG: Nigdy nie pokusiłbym się o takie określenie względem niego. Pietrzak to kawał dobrego zapaśnika, przy tym bardzo silny. Ma wiele tytułów na swoim koncie i takie starcia jak chociażby z Damianem Janikowskim, gdzie tak naprawdę w ostatnich sekundach walki ją dopiero przegrał. Siła jaką dysponuje Michał jest konkretnie odczuwalna. Wypunktowanie Michała było w pewnym sensie też dużym sukcesem mojego sztabu trenerskiego, który obrał odpowiednią taktykę i dobrze mnie przygotował pod niego. Ponadto nie zapominajmy, że Michał po mojej walce wygrał trzy swoje walki, więc jego kariera rozwinęła się bardzo dynamicznie, a zwycięstwo z nim wiele dla mnie znaczyło. Po walce z nim wiedziałem, że jeszcze o nim usłyszymy. Fakt faktem, może i nie miał dużego doświadczenia, ale był bardzo dobrze rokującym zawodnikiem. Dlatego ani przez minutę nie zbagatelizowaliśmy jego rekordu. Poza tym nie zapominajmy, że to nie rekordy walczą.

- Przypomnijmy także, miałeś zadebiutować w federacji PROMMAC. Na pewno masz duży żal, bo ta federacja prezentowała się zacnie, lecz niedługo potem upadła?
AG: Dokładnie tak, miałem okazję być na gali PROMMAC i organizacja zarówno z punktu widzenia kibica, jak i od zaplecza, była na wysokim poziomie. Naprawdę dobrze się zapowiadała, no niestety jej losy potoczyły się inaczej, szkoda.

- Na twoje szczęście, pojawił się kontrakt z FEN. Co możesz powiedzieć o samej organizacji?
AG: Uważam, że moja organizacja jest na najwyższym poziomie. Z gali na galę jest coraz większe bum, nie osiadają na laurach i ciągle się rozwijają. Ciekawe walki, wartościowi zawodnicy, bogata oprawa, myślę że FEN ma jeszcze wiele do zaoferowania i niejeden raz nas zaskoczy.

- Debiut to dyskusyjna porażka na punkty z Alessio Di Chirico. Co tam poszło nie tak?
AG: Moje odżywianie po ważeniu, chyba to poszło nie tak. Zabrakło mi prądu, przez źle naładowane węgle przed walką. Zbyt duży ich poziom zmulił mnie i mimo dobrej kondycji, którą wiem że miałem, straciłem kolokwialnie mówiąc moc. Charakter walczył, ale ciało odmówiło posłuszeństwa. Kolejna cenna lekcja wyciągnięta na przyszłość.

- Oglądałeś pewnie tą walkę wiele razy, mimo wszystko mogła się ona podobać?
AG: Oczywiście, że mogła. Myślę, że były to 3 rundy dobrego MMA. Jest pewnego rodzaju niedosyt, że może czasem moje walki są zbyt krótkie, akurat może nie ta, lub nie aż tak widowiskowe jakbym tego chciał, ale pewnych rzeczy nie da się przewidzieć, na pewne rzeczy nie mogę sobie pozwolić. Przynajmniej nie na tym etapie kariery. Mam założenia, plany których muszę się trzymać.

- Teraz oglądasz walki Włocha w UFC i wiesz, że jeżeli dałeś z nimi bliską walkę, to ty również możesz znaleźć się w największej lidze na świecie.
AG: Wspomniałem już kiedyś w jednym z wywiadów, że jak najbardziej śledzę poczynania Włocha oraz życzę mu jak najlepiej. Nie widzę sensu zastanawiania się nad tym, co by było gdyby. Póki co jestem, gdzie jestem i nie ma co narzekać.

- Ten rok to zwycięstwo przed czasem z Alexeyem Repalovem i zawodnikiem z Austrii. Mimo, że nie byli to mocni zawodnicy, to są to ważne zwycięstwa w karierze.

AG: Po raz kolejny powtórzę, że to nie rekordy walczą. Żadnego zawodnika nigdy nie lekceważę. MMA jest tak nieprzewidywalnym sportem, że niczego nie można być pewnym na 100 %. Może i nie byli to zawodnicy w czołówki MMA, ale i tak bardzo cieszą mnie te zwycięstwa. Potrzebowałem takiego ładunku pozytywnych rzeczy w swoim życiu, żeby nabrać rozpędu. Bardzo mnie to podbudowało, zwłaszcza po przebytych urazach. Te dwie walki były swojego rodzaju przetarciem po przerwie. Teraz gaz i wchodzimy na pełne obroty, mam w planie dać z siebie 200 % i na najbliższej gali, na której będzie mi dane walczyć, dać świetną walkę.

- Co czujesz zwyciężając walkę przed czasem?
AG: Mega satysfakcję. Jestem szczęśliwy, dumny, jest to splot wielu uczuć w jednej chwili, na pewno też swojego rodzaju ulgę.

- Twoje największe cele w życiu?
AG: Niby banalne pytanie, a mimo wszystko ciężko mi na nie od tak odpowiedzieć. Tak naprawdę nowe cele pojawiają się w mojej głowie każdego dnia. Chyba nie umiem ich podzielić na mniejsze, czy większe. Na pewno chce założyć rodzinę, wybudować dom, zasadzić drzewo, spłodzić potomka (śmiech), mieć możliwość ciągłego rozwoju, spełniać marzenia, robić to co kocham jak najdłużej.

- Twój ulubiony zawodnik MMA?
AG: Nie mam jednego ulubionego zawodnika, ale bardzo lubię oglądać walki Viktora Belforda, Yoel Romero, Jacare Souza czy McGregora.

- Jakie jest twoje motto, z którym idziesz przez życie?
AG: Módl się tak jakby wszystko zależało od Boga, trenuj tak jakby wszystko zależało od ciebie.

Rozmawiał Arkadiusz Hnida

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

Obecnie uczeń szkoły ZDZ w Giżycku na profilu 'Wojskowym'. Związany z portalem Sporty-Walki.org od kilku lat. Już od młodego wieku zainteresowany MMA, po tym jak przypadkowo natknął się na transmitowaną galę UFC. Zainteresowania sięgają wielu dyscyplin, lecz w swojej hierarchii stawiający sporty uderzane na pierwszym miejscu. Wierny patriota Reprezentacji Polski (Piłki Nożnej, Piłki ręcznej czy chociażby naszej Ekstraklasy, itp). Praca z typowymi artykułami to jego 'chleb powszedni', nazywa to tak, ponieważ w każdej wolnej chwili ma na to chęci i poświęca temu dużo czasu. Oglądając liczne gale przygotowuje dla was relacje na żywo (UFC, Rizin FF, FEN, czy walki o mistrzostwo świata w boksie). Ma także na swoim koncie wywiady tekstowe i wideo z topowymi zawodnikami naszego kraju i z zagranicy.

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.