ZAPOMNIANI BOHATEROWIE, HISTORIA NIEPOMINIĘTA #1

Narkotyki, alkohol, środki przeciwbólowe i sport na najwyższym poziomie. Pozornie te rzeczy nic nie łączy. Pozornie, bowiem bohater tego artykułu połączył je wszystkie. Poznajcie smutną historię, która działa się w czasach, gdy walczono na gołe pięści, bez zasad, a nasz sport był zakazany w większej połowie USA.

Wyobraźcie sobie małego chłopca, którego największym marzeniem było zostać gwiazdą zapasów. Młody chłopak oglądał swoich idoli w telewizji podczas show organizowanego przez WWF. Los jednak chciał, że stał się budzącym postrach mięśniakiem, który jednak nie osiągnął tego, co wszyscy mu wróżyli. 

Mowa o historii Marka Kerra, jednego z najlepszych zawodników wagi ciężkiej w MMA w latach, gdy sport dopiero raczkował, a walki bez rękawic i niemal bez zasad nazywano ostateczną formą rywalizacji w świecie sztuk walki. 

Zaczęło się można powiedzieć zwyczajnie, tak jak u innych wybitnych sportowców. W domu się nie przelewało, a Mark był najmłodszym z siedmiorga rodzeństwa. W wieku 12 lat jego matka, Marry postanowiła, że Mark zamieszka ze swoim najstarszym bratem, Michaelem, który mieszkał w Davenport. Chodziło o to, by przyszła gwiazda MMA miała wszystko, co potrzebne do względnie szczęśliwego dzieciństwa. Matka jednak postawiła jeden warunek: Mark ma uprawiać sport. Chodziło o to, by syn zajął się czymś pożytecznym, zamiast spędzać czas na ulicy i oddając się zajęciom, które niekoniecznie są zgodne z prawem. Tym samym Mark Kerr trenował futbol amerykański, zapasy, baseball i inne sporty, które oferowały szkolne sekcje sportowe.

To właśnie podczas pobytu w stanie Iowa Kerr poznał Pata Mileticha, pierwszego gwiazdora MMA rodem ze Stanów Zjednoczonych, który był też założycielem jednego z pierwszych profesjonalnych gymów. Wtedy też Kerr zaczął przypominać mężczyznę przybierając na wadze. Mając dostęp do proteinowych szejków i ćwicząc niemal bez przerwy Kerr przytył do ponad 200 funtów czyli ważył ponad 90 kilogramów. Doszło nawet do tego, że gdy wrócił do rodzinnego Toledo to nikt z dawnych kolegów ze szkoły nie potrafił go rozpoznać. Wszyscy zastanawiali się kim jest ten mięśniak i dopiero później dziwili się, że mały Mark wyrósł na prawdziwego atletę. 

Pierwsze sukcesy w zapasach pojawiły się na koncie zawodnika z Ohio w 1986 roku, kiedy jako nikomu nieznany zapaśnik zwyciężył w rywalizacji do 175 funtów (ok. 80 kg) na zawodach krajowych dywizji pierwszej. Później Kerr rywalizował na matach zapaśniczych min. z późniejszym mistrzem UFC w dwóch kategoriach wagowych, Randy'm Couturem, którego pokonał w 1992 roku. Niestety nie zrobił kariery międzynarodowej w zapasach, nie zrobił nawet kariery w zawodowych zapasach znanych w Polsce jako wrestling, o czym marzył będąc dzieckiem. Kto wie, jak potoczyłaby się jego kariera zapaśnicza gdyby w wieku 20 lat otrzymał stypendium na uniwersytecie w Syracuse. Jednak marzenia o medalach olimpijskich przegrały z prozą życia i koniecznością zarabiania pieniędzy.

Co może robić w życiu sportowiec, który przez całe dotychczasowe życie tylko łapał i rzucał przeciwnikami po macie? Wiadomo, że pracy umysłowej nie dostanie, więc 20-letni Mark Kerr zaczął dorabiać przy organizacji koncertów. Siła wypracowana podczas wielu lat treningów zapasów przydała się do noszenia ciężkich skrzyń dźwiękowców. Wtedy też po raz pierwszy Kerr spróbował narkotyków:

- Kiedy pierwszy raz zażyjesz kokainy ogarnia Cię euforia i jesteś wyczulony na każdy bodziec. Wydaje Ci się, że posiadłeś coś w rodzaju pajęczego zmysłu jak Spider-Man. Możesz usłyszeć kroki mrówki, która przechadza się 10 metrów obok Ciebie - to były początki jednego z uzależnień zawodnika, który obecnie jest nazywany Jonem Jonesem wersji pierwszej. 

Im więcej pracował, tym więcej zarabiał. Jak powiedział sam zawodnik jego godzinowa stawka sięgała wtedy 12-13 dolarów. Budował sceny, kładł kilometry kabli i zażywał kokainę. Kierownicy ekip technicznych podawali ja swoim pracownikom, by zwiększyć ich wydajność. Tak oto Kerr zarabiał na życie i stopniowo uzależniał się od twardych narkotyków. 

- Byliśmy w pracy, gdy nagle kierownik zmiany krzyknął, że czas na obiad. Poszliśmy więc w miejsce wydawania posiłków, a tam czekały na nas opakowania z kokainą. Zdziwiłem się i usłyszałem tylko, że nasza robota ma być zrobiona do tej i do tej godziny. Kokaina była wtedy w moim życiu na pierwszym miejscu. Miałem dopiero dwadzieścia jeden lat, nie wiedziałem co robić w życiu, moi najbliżsi też nie wiedzieli co ze mną począć. Postanowiłem więc wracać do Syracuse. 

Kerr wrócił więc i zaczął uczęszczać do szkoły, żeby móc się załapać do drużyny zapaśniczej i zyskać stypendium. Mieszkał w piwnicy jednego z trenerów i pracował w dziwnych godzinach. Ciężko mu było pogodzić sport z pracą i nauką, więc zdarzało mu się przysypiać w najmniej odpowiednich miejscach. 

Mimo wszystko starał się trenować, a dzięki niewiarygodnemu talentowi był w stanie rywalizować na najwyższym poziomie. Został mistrzem rozgrywek NCAA, czyli zdobył najważniejszy tytuł w amerykańskich zapasach. Kerr był notowany na pierwszym miejscu dywizji do 100 kg i starał się o kwalifikację olimpijską na igrzyska w Atlancie. Wtedy rywalizował o miejsce w kadrze z gwiazdą zawodowych zapasów, Kurtem Angle. Wtedy jednak doszło do tragedii w amerykańskich zapasach, gdy zastrzelony został Dave Schultz. Kerr reprezentował wtedy zespół Foxcatchers, który był zarządzany przez mordercę Schultza, Johna Eleuthere du Ponta. Chodziło o podejrzenie, że zapaśnicy Foxcatchers zażywają niedozwolone środki dopingujące. 

- Wielu ludzi mi mówiło, żebym odszedł i przeszedł do drużyny Schultza, żebym zabrał wszystkie pieniądze du Ponta i zmienił team. Ja jednak nie zamierzałem tego robić, włożyłem zbyt dużo pracy w przygotowania, a za cztery miesiące miałem turniej kwalifikacyjny.

Kerr nie sprostał Kurtowi Angle i postanowił zakończyć karierę zapaśnika. Po tym pojedynku pozostawił na macie swoje buty, co jest traktowane jako symboliczne zakończenie kariery. Ten zwyczaj przekradł się nawet do BJJ i MMA. Rodrigo Medeiros znany jako 'Comprido' zostawił na macie po jednych z zawodów czarny pas, a Renato 'Babalu' Sobral po swojej ostatniej walce w karierze zostawił rękawice w klatce. Wróćmy jednak do bohatera naszego artykułu, który dopiero za dwa lata zyska międzynarodowy rozgłos. W tamtym jednak momencie nałożyły się na siebie złe wydarzenia: zabójstwo Schultza, wykrycie raka u matki Kerra, brak kwalifikacji na olimpiadę i jego nieobecność na 40-leciu pożycia małżeńskiego rodziców. Wszystko to było wstępem do nowej drogi obranej przez amerykańskiego zapaśnika.

W New Jersey był pewien jegomość, który sam uważa, że jest ojcem chrzestnym ground and pound i stworzył mieszane sztuki walki w 1975 roku. Ten Pan nazywał się Richard Hamilton. Gdyby Mark Kerr spotkał go wcześniej na swojej drodze, to zadebiutował by w UFC podczas 10-tej gali organizacji, walczyłby z Donem Frye i według ekspertów już byłby w galerii sław UFC. Niestety nie było mu to dane z wielu powodów, a głównie przez chorobę matki. Kerr wiedział, że dopóki ona żyje, to Mark nie zawalczy w MMA. Marry Kerr była ogromną fanką sportu i działaczką, zwłaszcza w zapasach. Po jej śmierci jeden z turniejów w Toledo, rodzinnym mieście rodziny Kerr, nazwano memoriałem ku czci jej pamięci. 

- Gdy coś robiłem to moim celem było bycie najlepszym w tym. Moja matka dużo ode mnie wymagała. Gdy powiedziałem jej, że zostałem mistrzem NCAA to powiedziała mi: widzisz synu, a nie myślisz, że byłbyś w stanie wygrać je jeszcze raz? Moja matka bardzo mnie kochała. Zawsze miała wobec mnie oczekiwania, którym mogłem sprostać. 

Podczas gdy Kerr spędzał ostatnie chwile z matką Hamilton nie próżnował. Znalazł ogromnego zapaśnika, Toma Eriksona, później Marka Colemana, a przez chwilę był nawet managerem Frye. Głośno domagał się walki Coleman vs Frye i w końcu do niej doprowadził. Krzyczał pod klatką, by Coleman sprawił cierpienie Frye. Po około 12 minutach walka się skończyła, a Hamilton cieszył się, że Coleman wygrał. Później razem z Kerrem pierwszy manager gwiazd odwiedził kościół senatora McCaina, w którym Dan Severn, pierwszy zapaśnik w UFC uczył MMA, a raczej walki na zasadach Pancrase. Gdy senator się o tym dowiedział zablokował UFC w telewizji kablowej i zdelegalizował w blisko 40-stu stanach. Taka była jego zemsta za klub walki działających w jego kościele. Kierunek wydawał się prosty jeśli chodzi o debiut Kerra, Brazylia i tamtejsze walki Vale Tudo.

19 styczeń 1997 roku, Sao Paulo i turniej World Vale Tudo Championship. To właśnie tutaj Kerr miał zadebiutować, jednak zanim przypomnimy jak mu poszło, trochę o historii rywalizacji zapaśników z zawodnikami BJJ. Zaczęło się oficjalnie w 1991 roku od słynnego wyzwania Jiu Jitsu vs Luta Liber, gdzie Murilo Bustamante, Fabio Gurgel i Wallid Ismael rozprawili się z zawodnikami Luta Livre. Ten drugi styl był zarezerwowany dla biednych dzieci z favelii, których nie stać było na kimona, które wtedy kosztowały krocie. Później Royce Gracie wygrał UFC pokonując po drodze Dana Severna. Następnie była walka pomiędzy Tomem Eriksonem a Murilo Bustamante. Cięższy o ponad 30 kg zapaśnik zremisował z Brazylijczykiem. Przyszła więc kolej, by Gurgel przywrócił honor BJJ i pokonał w walce zapaśnika. Padło, że będzie to Mark Kerr. 

Brazylijczycy rozsiewali między sobą plotki, że Kerr nie był pod wrażeniem jednego z najlepszych hoteli w mieście. Ponadto mówiono, że 28-letni zapaśnik z Toledo nie ma jaj by walczyć w Vale Tudo, że jak zobaczy krew to spanikuje. Mimo zapewnień kolegów z zapaśniczych mat, że Kerr będzie dominował w Vale Tudo, Mark nie specjalnie w to wierzył. Dopiero Hamilton, który był jego trenerem i managerem zbudował w nim wiarę i pewność siebie, że Kerr może być najlepszy. Co się działo w szatni na 10 minut przed wyjściem zapaśnika do ringu? Oto relacja Hamiltona:

- Było jakieś 10 minut do pierwszej walki, Mark podszedł do mnie i powiedział, że nie wyjdzie do walki. Zacząłem krzyczeć na niego, że nie jesteśmy w Stanach i że tutaj ludzie mogą nas po prostu zabić jeśli nie wyjdzie do walki. Pomogło. 

Pierwszym rywalem Kerra był Paul Valerans, ogromny zawodnik, który walczył w UFC. Kerr nie był ułamkiem, ale nie potrafił wejść do ringu nad najwyższą liną, co dla Valeransa nie było problemem. Zaczęło się, najpierw kilka ciosów w klinczu i wejście w nogi. Valerans leży na macie. Seria uderzeń wszystkimi czterema kończynami. Koniec. 126 sekund. Kerr wstaje. Valerans z twarzą zalaną krwią również. Publiczność nagradza go brawami. Mit o tym, że Kerr przestraszy się krwi zostaje obalony. Niecałą godzinę później Mark Kerr potrzebował niecałych 3 minut, by wybić zęby i zmusić do ucieczki z ringu mistrza Capoeira, niesionego dopingiem jednej z najgorszych favelii, Mestre Hulka. W finale Amerykanin zmierzy się z Fabio Gurgelem, który miał dłuższą drogę do finału. Obydwaj mają dopisać kolejny rozdział do rywalizacji zapaśników i zawodników BJJ. Oto jak wspomina chwile przed walką jeden z brazylijskich fotoreporterów:

- Tamtego wieczora ludzie dowiedzieli się, że amerykańskie zapasy to nie żart. Ludzie poczuli ich moc, poczuli moc Marka Kerra przez jego zwycięstwa. Nikt w niego nie wątpił, bano się o Fabio Gurgela.

Obydwaj wychodząc do walki wyglądali na wypoczętych. Twarze dwóch zawodników nie nosiły żadnych znamion wcześniejszych pojedynków. Jedynie prawa ręka Kerra zaczęła puchnąć wokół knykci, jednak ręka nie była złamana. Gurgel mimo faktu, że jest 25 kg lżejszy wyglądał na spokojnego i pewnego siebie. Pierwsze obalenie Kerr wykonał w drugiej minucie walki i od razu znalazł się w gardzie Brazylijczyka. Gurgel, który teraz jest szefem Alliance Jiu Jitsu, jednej z najlepszych szkół BJJ na całym świecie, ciasno kontrolował Amerykanina i częstował go ciosami w uszy i twarz, rozcinając mu policzek. Wstawali i lądowali w parterze, a Gurgel nie dał sobie zrobić krzywdy w ciągu pięciu minut. Amerykanin pamiętał, że był silny. Uderzył głową w twarz Gurgela z nadzieją, że rozetnie skórę. Dwa oddechy później Kerr wyprostował się i zwalił się pełną siłą na Gurgela uderzając ponownie głową. Niedługo potem lewe oko Brazylijczyka zaczęło puchnąć na skutek tych ataków. 

- To było tak, że walczysz z drugim człowiekiem i chcesz mu dać szansę powąchać lub spróbować smaku własnej krwi. Jeśli ja ją poczuję to jestem jak drapieżnik lub rekin w wodzie. Jeśli tylko raz tego spróbujesz, to nie ma odwrotu. Chcesz odebrać przeciwnikowi wolę walki. Zamierzam sprawić, że będziesz krwawił, zamierzam uderzać Cię tak długo, aż zaczniesz się krztusić własną krwią. To właśnie chcę Ci dać.

Kerr dołożył uderzenia prawą ręką do uderzeń głową. Ręka cały czas krwawiła i zalewała twarz Brazylijczyka. Jednak Gurgel nie chciał się poddać, a po walce powiedział, że wolałby zginąć w ringu. Po ponad półgodzinnej walce Gurgel w końcu doczekał się swojego momentu, udało mu się zapiąć duszenie trójkątne. Brazylijczyk polegał na swoim sercu do walki i BJJ. Jednak to nie wystarczyło. Promotorzy byli przeciwni 10-minutowej dogrywce i ogłosili Kerra zwycięzcą przez jednogłośną decyzję zaoszczędzając Gurgelowi bólu. Oto co powiedział jeden z dziennikarzy obecnych na tamtej gali:

- Siła Marka Kerra objawiana podczas przewracania rywali i uderzania w parterze była imponująca i kompletnie odbierała rywalom chęć do walki. Naprawdę bardzo trudno jest wytłumaczyć nowej generacji fanów MMA, kim był Mark Kerr dla całego sportu w latach 1997-2000. Dla nas wszystkich, którzy interesowali się sportem w tych czasach, Mark Kerr zawsze będzie w piątce najlepszych zawodników MMA w historii.

Tym dziennikarzem był Pan Marcelo Alonso, który pisał dla słynnego magazynu Tatame. To właśnie on nazwał Kerra ‘Smashing Machine’ na okładce jednego z numerów tego pisma. Po wygraniu turnieju WVC 3 cały świat MMA usłyszał o amerykańskim zapaśniku, który zdominował gwiazdę jiu jitsu. Erikson, Coleman i właśnie Mark Kerr spowodowali, że teoria Gracie na temat najskuteczniejszej sztuki walki została mocno podważona. A skąd w ogóle pomysł na taki pseudonim dla Amerykanina? Od niego samego, oto wypowiedź Kerra po walce:

- To co zrobiłem Fabio Gurgelowi było mimowolne. Pracowałem jak maszyna, byłem na autopilocie – powiedział po pojedynku Kerr, który wygrał pas, 20 tysięcy dolarów, reputację oraz pseudonim. Kolejnego dnia Kerr i Hamilton odwiedzili Fabio Gurgela w domu i spędzili czas przy grillu. Wszyscy się śmieli i świętowali prawdziwą wojnę, którą stoczyli w ringu. Lider Alliance Jiu Jitsu natomiast już nie pojawił się w ringu. 

Jednak zanim Kerr dał się poznać światu jako pierwowzór Jona Jonesa zaczęły się jego poważne problemy. Pomiędzy przegranymi kwalifikacjami do olimpiady i przedstawieniem Kerra światu Vale Tudo, Amerykanin zaczął brać niedozwolone środki dopingujące. Były dwa powody, dla których zażywał nielegalne substancje: strach i świadomość:

-  Częścią, której nikt nie rozumiał kiedy MMA zaczynało się formować jako sport, były jego zasady. Nikt nie wiedział w co się pakuje, ale ja chciałem być jak największy i jak najsilniejszy. Moje ciało było wystarczająco dojrzałe. Skonsultowałem się z kilkoma ludźmi i zacząłem brać. Podczas moich pierwszych walk w Brazylii byłem na małej dawce sterydów anabolicznych. Kiedy poszedłem do UFC to myślałem, że teraz muszę zacząć się jeszcze więcej szprycować. Ważyłem jakieś 125 kg i miałem 5 procent tkanki tłuszczowej na ciele. Mogłem wyciskać na ławce mały samochód, a w przysiadzie podnosić mały dom. To była przesada. Zanim skończyłem 27 lat nie brałem żadnych środków dopingujących. 

Cała otoczka związana z walkami podchodziła inaczej do stosowania środków dopingujących, nie to co w zapasach, gdzie za wpadkę dopingową groziły kary. Przez lata kariery zapaśniczej Kerr narzekał w rozmowach z autorytetami zapasów, że są zawodnicy, których podejrzewa o doping. To głównie doprowadziło do wzmożonej kontroli nad nim i frustracji. 

Gdy jednak Kerr związał się z mieszanymi sztukami walki, to mógł brać to co mu się zamarzyło, gdyż było to mocno zakorzenione w środowisku vale tudo. Po powrocie z Brazylii Kerr ryzykował aresztem. Niepokonany zawodnik z trzema zwycięstwami na koncie przetransportował z kraju kawy walizkę pełną medykamentów, które były zabronione w Stanach Zjednoczonych, ale można je było dostać w każdej aptece w Sao Paulo. Oto jak wspomina tamte czasy Hamilton, ówczesny manager i trener Kerra:

- Wiedziałem, że jest na cyklu gdy go rekrutowałem. Wstkie piguły sprawiały, że zawodnika wystrzeliwało w kosmos i nie wiedziałem tego, dopóki Mark nie zawalczył podczas gali World Vale Tudo Championship. On był najgorszy ze wszystkich zawodników.

Hamilton nazwał pierwszego zawodnika, z którym podpisał kontakt ćpunem. Kerr był otwarty w rozmowach na wiele tematów, dopóki nie został poproszony o odpowiedź w sprawie Hamiltona. Odmówił udziału w spotkaniach i przestał odpisywać na wiadomości. Kiedy Kerr był nakręcony, to zmieniał strach w niebezpieczną broń. Gdy tylko coś przestało się układać po jego mysli, wtedy wykazywał małą determinację. Hamilton opisywał Kerra jako bardzo silnego, bardzo szybkiego i niezwykle bystrego, ale leniwego. Wszystko według niego zależało tylko od tego, jak ciężko Mark chciał pracować. Według trenera zawodnika umiejętności zastąpiły serce do walki. Żeby być szczerym, to poprzeczka była postawiona bardzo wysoko, a sam Kerr startował z wysokiego pułapu. Miał niezwykłą gibkość jak na człowieka jego rozmiarów, co sprawiało, że przejawiał nieprawdopodobną zdolność do kopnięć i uderzeń kolanami. 

Mark Kerr starał się być lekki na nogach. Jak na muskularnego zapaśnika ruszał się całkiem dobrze w porównaniu do kolegów. Zaczął trenować z Basem Ruttenem, który był jego trenerem od stójki. Razem z nim trenował min. Ricco Rodriguez, późniejszy mistrz UFC. Słynny Holender, który zdobył sławę na ringach Pancrase i później zostając mistrzem UFC pochwalał decyzję Amerykanina. Kerr był pierwszym zapaśnikiem, który postanowił nie opierać się tylko na swoich umiejętnościach zapaśniczych, ale miksować to z uderzeniami i kopnięciami, próbując stać się jednym z pierwszych zawodników MMA pełną gębą. 

O ile Kerr był w stanie podejmować dobre decyzje jeśli chodzi o życie sportowe, o tyle w innych aspektach życia nie szło mu już najlepiej. Trzy miesiące zalegał z czynszem za mieszkanie u brata swojego byłego trenera. Kerr w końcu opuścił miasto w środku nocy. Nigdy nie powrócił do akademii, gdzie został znokautowany przez kickboxera z wagi ciężkiej na ostatnim treningu. Była to woda na młyn Hamiltona. Na podstawie reakcji Kerra mógł powiedzieć, że zawodnik go opuścił. Jednak jego trener czegoś nie wiedział. Bez słowa Kerr zaczął się przygotowywać do turnieju wagi ciężkiej UFC, który miał mieć miejsce w lipcu 1997 roku. Kiedy były trener zobaczył Kerra kręcącego się koło oktagonu w Alabamie był zszokowany.

Mark Kerr zadebiutował w UFC 27 lipca 1997 roku podczas turnieju wagi ciężkiej. Jego pierwszym rywalem był 33 letni zawodnik Muay Thai, Moti Horenstein, który miał na koncie jedną walkę w UFC, kiedy na UFC 10 przegrał z przyjacielem Kerra, Markiem Colemanem. Pojedynek nie trwał zbyt długo, dokładnie 144 sekundy potrzebował rozpędzony zapaśnik z Toledo by zmusić sędziego do przerwania walki. W finale czekał już na niego o wiele bardziej doświadczony Dan Bobish, który podobnie jak Kerr brał udział w turniejach Vale Tudo w Brazylii. W półfinale Bobish potrzebował nawet mniej czasu od zapaśnika z Toledo na rozprawienie się ze swoim rywalem, jednak w finałowej walce Kerr w niecałe 100 sekund zmusił go do poddania wpychając mu szczękę w oko. Tak oto Kerr zadebiutował przed amerykańską publicznością.

W kwesti sterydów UFC było wtedy laickie. Wykonywano wprawdzie pobieżne testy, o których Randy Couture wypowiadał się niepochlebnie. Owszem zbierano próbki moczu od zawodników, ale według słów byłego mistrza dwóch kategorii wagowych UFC, chyba tylko po to, by wylać je zaraz po ich pobraniu. Kerr natomiast wmawiał lekarzom, że nie brał sterydów, mimo że wszystko na to wskazywało.

- Pamiętam, że siedziałem przy stole naprzeciw lekarzy i lekarze zaczęli się przyglądać moim enzymom pochodzącym z wątroby. Kiedy przyjmujesz sterydy w tak dużych ilościach jak ja, to wątroba musi się napracować. Lekarz spojrzał na mnie, później na enzymy wątrobowe i znów na mnie. Potem zapytał, czy zdaję sobie sprawę z tego, że mój poziom enzymów wątrobowych jest osiem razy wyższy niż powinien być. Odpowiedziałem, że oczywiście i to wszystko. Po prostu dopuścili mnie do walki. - powiedział Mark Kerr.

Po raz pierwszy złapano zawodnika UFC na zażywaniu środków dopingujących w marcu 2002 roku, był nim mający już pokaźną historię wpadek Josh Barnett, który został wtedy pozbawiony pasa mistrza wagi ciężkiej, który zdobył rozbijając Randy’ego Couture’a w parterze. 

- Mogę cofnąć się do materiałów filmowych z tamtego okresu i wskazać palcem tych, co do których nie było żadnych wątpliwości, że są na sterydach. Myślę o tym ze względu na poziom brutalności, jaki ten sport czasami prezentuje, ze względu na poziom kondycyjny, którego wymaga, na intensywność treningów, które musisz przeprowadzić by wyjść przygotowanym. Jeśli masz możliwość, żeby to wszystko znosić za pomocą anabolików czy androgenów, to prawdopodobnie z tego skorzystasz, co pozwoli Ci trenować dłużej na najwyższych obrotach. Jeśli dłużej możesz trenować na najwyższych obrotach, to jesteś w lepszej formie, a to prowadzi do lepszych walk, czyli większych pieniędzy. - wyjaśnia Kerr.

Współzałożyciel UFC, Campbell McLaren przez pierwsze 12 edycji gal UFC brał udział w każdym aspekcie organizacyjnym gali. Powiedział, że SEG, która to była właścicielem UFC, nie testowała zawodników ponieważ nie było to konieczne przy początkach organizacji. Ponadto powiedział, że wtedy zażywanie niedozwolonych środków nie było tak powszechne, by wprowadzać badania w połowie lat 90-tych.

Kerr powrócił do UFC już na kolejnej gali, gdzie przystępował w roli faworyta do kolejnego turnieju. 17 października 1997 roku znokautował kolanem w 17 sekund Grega Stotta, a w finale poddał Dwayne’a Casona w niecałą minutę. Tym samym obronił tytuł mistrza turnieju wywalczony na poprzedniej gali. Trzeba jednak zaznaczyć, że obydwaj rywale Kerra debiutowali w MMA czy vale tudo, a on sam miał już nieco doświadczenia w pojedynkach, których areną była klatka. Jednak jak się później okazało była to ostatnia walka niepokonanego w tamtym momencie Ameryknanina dla UFC.

Szef UFC, Bob Meyrowitz przyjrzał się jednak kontraktowi zawodnika i zobaczył, że zapaśnik był zobligowany do udziału w jeszcze jednym turnieju, a organizacja zaoferowała mu walkę w grudniu 1997 roku w Japonii. Jednak Pride chciało jako pierwsze przedstawić Kerra coraz większej rzeszy jego japońskich fanów. Jeszcze przed pierwszą walką Marka UFC chciało wystawić go podczas UFC 15,5, które odbywało się w kraju kwitnącej wiśni. Kerr był jednak już zawodnikiem Pride, a równowaga sił w świecie MMA zaczęła przechylać się na stronę Pride. Amerykanin walczył z UFC przez sześć miesięcy. Zawodników mówił, że dostał od UFC przykaz, że w ciągu 48 godzin musi znaleźć się w Nowym Jorku i złożyć zeznania w sprawie konfliktu z UFC, jednak zadano mu tylko dwa pytania. W końcu szef UFC zagrożony widmem upadku swojej firmy postanowił sprzedać zawodnika Japończykom za 25 tysięcy dolarów. Tak oto były zapaśnik stał się zawodnikiem Pride na wyłączność. 

Używanie środków dopingujących było mniej nagłaśniane, ale wcale nie mniej powszechne w Japonii, gdzie Kerr postanowił kontynuować swoją karierę. Pride FC stało się najlepszą organizacją na świecie w latach 90-tych, kiedy to zawodnicy MMA, kickboxerzy, zawodowi zapaśnicy i inni sportowcy znani w Japonii rywalizowali ze sobą na białym ringu, przy oprawie godnej największych wydarzeń kulturalnych. Mark Kerr był jednym z pierwszych zawodników, którzy byli dobrze opłacani. Na początku miał zawalczyć z legendą UFC, zwycięzcą pierwszego turnieju, Roycem Gracie i za tamtą walkę miał dostać 145 tysięcy dolarów. Niestety członek legendarnej rodziny Gracie uszkodził sobie plecy i nie mógł stawić się w marcu 1998 roku na ich pojedynku. 

Zamiast Royce’a w białym ringu organizacji Pride stawił się zwycięzca pierwszego turnieju ciężkiego K-1, Chorwat Branko Cikatic. Oczywiście w obecnych czasach nikt nie miałby najmniejszych wątpliwości jak powinna wyglądać walka zapaśnika z kickboxerem, jednak wtedy byłą to wielka konfrontacja. Zwłaszcza, że Maurice Smith święcił triumfy w UFC. Kerr jednak wygrał w niewiele ponad dwie minuty z przeciwnikiem, który został zdyskwalifikowany za trzymanie się lin przy próbach obalenia Amerykanina. Tym samym podczas Pride 2 monstrualny zapaśnik z Ohio dał się poznać fanom MMA w Japonii pokonując wielką gwiazdę.

Nie trzeba było długo czekać na jego kolejny występ. Niewiele ponad trzy miesiące później odbyła się gala Pride 3, na której Mark Kerr zmierzył się z doświadczonym Pedro Otavio. Brazylijczyk reprezentował jiu jitsu i miał 16 walk na swoim koncie, z czego 13 wygranych. W walce z potężnym Amerykaninem jednak nie miał najmniejszych szans i w niewiele ponad 2 minuty sędzia przerwał pojedynek, a Otavio doznał kontuzji barku na skutek kimury zapaśnika. Wszystko szło jak z płatka i coraz większa rzesza fanów ustawiała się w kolejkach po autograf Amerykanina. Dobra passa trwała w najlepsze.

Jednak nie miał tam łatwo, rundy miały po 10 minut i były po to, by odsiewać ziarna od plew. Zaczął zażywać mniej środków dopingujących:

- To niewiarygodnie trudne, by wytrenować ciało, żeby dało radę pracować na wysokich obrotach przez 10 minut. Mój sukces lub porażka zależała od mojej formy. Byłem fit, ale nie nabity, wielki ale nie silny. Wciąż byłem silny, ale nie potrzebowałem już siły wypracowanej za pomocą anabolików. Bycie na dopingu zabiera Ci kondycję, dodatkowe mięśnie, które Ci przybędą podczas cyklu potrzebują dodatkowego tlenu. Im dłużej byłem w tym sporcie tym bardziej rozumiałem, że nie mogę być 125 kilogramowym kolosem, którego pojemność płuc jest równa pojemności chomika – wspomina fighter z Toledo.

Jednak o ile zmniejszyła się ilość anabolików w jego podręcznej apteczce, to nie można tego powiedzieć o środkach przeciwbólowych, których było jeszcze więcej. Oczekiwania samej organizacji wobec niego były ogromne, tak samo jak poparcie przestępczego światka finansującego Pride. Kerr wiedział, że presja jest tak ogromna, że będzie musiał walczyć bez względu na to, w jakiej kondycji będzie się znajdował:

- Walczyłem mając tak wysokie ciśnienie krwi, że gdy powiedziałem o tym mojemu lekarzowi z USA, to nie chciał mi uwierzyć. Wychodziłem do walki mając ciśnienie 170/130. Lekarz się pytał, czy krwawię z oczu lub z uszu, ponieważ moje ciało zbudowało taką presję, że gdzieś to ciśnienie musi ulatywać. Gdy o tym wspomnę, to faktycznie, moje oczy były kompletnie przekrwione. 

W kolejnej walce Kerr dostał innego Brazylijczyka, Hugo Duarte i był to najdłuższy do tej pory bój Amerykanina na białym ringu. Pojedynek był śmieszny, co chwilę go przerywano ze względu na rozcięcie Duarte, a sama walka zakończyła się dopiero w trzeciej rundzie. Brazylijczyk był weteranem vale tudo, ale w pojedynku poprzedzającym starcie z Kerrem przegrał w pierwszej rundzie z Davidem ‘Tankiem’ Abbottem. Reprezentant luta livre po pięciu miesiącach powrócił na ring, ale nie był w stanie powstrzymać rozpędzonej maszyny jaką był Kerr. Mimo wszystko wytrzymał z nim niewiele krócej niż Fabio Gurgel podczas pamiętnego turnieju w Sao Paulo. Jednak prawdziwa popularność Kerra miała dopiero nadejść. 

Nobuhiko Takada był jednym z założycieli legendarnej organizacji Pride. Jednak nie ograniczał się tylko do zarządzania organizacją, ale sam rywalizował na zasadach vale tudo czy MMA, jak sport przyjął właśnie taką nazwę. W lipcu 1999 roku Takada mający już wtedy 37 lat stanął do walki z bohaterem naszego artykułu. Takada już wtedy był znanym zawodowym zapaśnikiem, którego występy można było oglądać podczas gal New Japan Pro Wrestling czy Universal Wrestling Federation. Pojedynek nie trwał długo, bo niewiele ponad trzy minuty. Takada wybronił obalenie i atakował low kickami, ale w końcu Amerykanin był w stanie przewrócić przeciwnika i poddać go kluczem na rękę. Japończyka zniesiono na noszach, a Kerr stał się w Japonii prawdziwym idolem. Sama walka z Takadą zaowocowała również tym, że Kerr występował w organizacji zawodowych zapasów, Hustle założonej właśnie przez Takadę. Jednak dopiero później miał szansę stać się bogiem MMA i zapisać się jako jeden z największych w historii, co niestety nie stało się jego udziałem.

W kwietniu 1999 roku zaczęły się sceny do dokumentu ‘The Smashing Machine’ z udziałem Kerra. Miesiąc później Amerykanin miał walkę z Igorem Wowczanczynem, mistrzem walk na gołe pięści, który miał serię 31 zwycięstw z rzędu. Było to największe wyzwanie w karierze Amerykanina. Kerr wygrał wtedy już 11 walk, z czego 4 w Pride wciąż nie mając porażki i będąc uznawanym za jednego z najlepszych zawodników wagi ciężkiej. Przed samą galą postanowiono zmienić zasady walki w Pride. Zabroniono uderzeń kolanami w parterze, jeśli uderzany zawodnik jest zwrócony twarzą do maty ringu. Kerr w swoim stylu oblał Ukraińca, ale w drugiej rundzie Wowczanczyn wybronił obalenie i wyprowadził serię kolan. Sędzia przerwał pojedynek, a Kerr bezwładnie upadł na matę. Ogłoszono zwycięstwo niebezpiecznego strikera, ale Kerr postanowił wnieść protest. Protest uznano zasadnym, a rezultat walki zmieniono na walkę nieodbytą. Był to jednak początek końca Marka Kerra, który miał coraz większe problemy z uzależnieniem od środków przeciwbólowych, co skutkowało zapisaniem się na kurację odwykową.

Wtedy jednak w Pride zorganizowano turniej bez podziału na kategorie wagowe. Szesnastu zawodników rywalizowało nie tylko o 200 tysięcy dolarów, ale również o miano najlepszego fightera w MMA. Do rywalizacji stanęły największe legendy sportu z Kerrem, Markiem Colemanem, Guy’em Mezgerem, Wowczanczynem czy Roycem Gracie i Kazushim Sakurabą na czele. W pierwszej rundzie Mark Kerr zmierzył się z uczestnikiem gal Vale Tudo Japan, Ensonem Inoue. Pojedynek przebiegał pod dyktando Amerykanina, który jednak już nie był sobą. Widać było, że coś się dzieje z zawodnikiem, który wcześniej rozjeżdżał swoich przeciwników niczym walec. Udało się jednak Kerrowi dojść do drugiej rundy po ciężkim, 15-minutowym boju. O parach ćwierćfinałowych mieli zadecydować fani i zadecydowali. Rywalem Amerykanina miał być mający wtedy 3 walki na zasadach MMA zawodowy zapaśnik, Kazuyuki Fujita. 

Obydwaj mieli podobne podstawy do uprawiania MMA. Kerr to zapaśnik stylu wolnego z sukcesami na arenie krajowej, natomiast Fujita rywalizował i jako wolniak i jako klasyk. Pojedynek zaczął się zgodnie z przewidywaniami, czyli Kerr przewrócił rywala, później rozbijał ciosami i kolanami w parterze. Publiczność nie dowierzała, że Fujita może tyle wytrzymać. Ten jednak zbierał cięgi i czekał na swój moment. Cierpliwość się opłaciła, bo Amerykanin się zmęczył i wtedy Japończyk przeszedł do ataku. Przewrócił Kerra, wszedł za plecy i zaczął go rozbijać. Pojedynek się zakończył, a Kerr przegrał decyzją sędziów. Był to ostatni wielki moment zawodnika, który był uważany za pierwszy wielki talent niczym w chwili obecnej Jon Jones. Na osłodę zostało mu kibicowanie Markowi Colemanowi, przyjacielowi, który okazał się być najlepszy w całym turnieju.

Po walce z Fujitą Kerr spotkał się na kolacji z Mikem Tysonem. Jeden z najpopularniejszych pięściarzy w historii Słynny bokser trenował wtedy w tym samym mieście, a podczas kolacji obydwaj rozmawiali, jak to jest gdy uderzasz kogoś naprawdę mocno, a ten ktoś dalej zachowuje przytomność. Kerr wspomina, że obydwaj patrzyli na siebie i nie mogli się nadziwić, że ich przeciwnicy byli w stanie stać na nogach. 

Po porażce z Fujitą w organizmie Kerra zaczęły się dziać złe rzeczy. Z powodu zażywania hormonu wzrostu Mark zaczął cierpieć na hipoglikemię. Było to dla niego intensywne pięć miesięcy. Najpierw pokonał Inoue, później wygrał turniej ADCC w dwóch kategoriach, a później musiał przygotować się do trzech walk jednego wieczora, które mogły się odbyć pierwszego maja. Kerr był zawodnikiem, któremu nerwy przed walką nie pozwalały normalnie jeść, więc spożył jedynie cukierka przed walką z Fujitą. Niestety byłą to ilość zbyt mała do odżywienia mózgu:

- Moje usta stały się niebieskie. Jest to jeden z pierwszych objawów cukrzycy. Oznaczało to, że nawaliłem.  

Po nieudanym dla siebie występie Kerr powrócił w walce na Pride 10 z Igorem Borisovem. Rosjanin toczył dopiero drugą walkę w MMA, nie miał zbyt wielkiego pojęcia o walce w parterze i przegrał z Amerykaninem w niewiele ponad dwie minuty. Niektórzy myśleli, że oto wrócił wielki Mark Kerr by powetować sobie porażkę w turnieju. Niestety mylili się. 

Amerykanin przegrał dwie kolejne walki: najpierw rewanż z Igorem Wowczanczynem na Pride 12, a podczas Pride 15 został zastopowany przez reprezentanta nowej fali, Heathe Herringa. Już wtedy Kerr zdawał sobie sprawę, że jego kariera jego zawodnika jest skończona, a wcale tak nie powinno być.

Później miał blisko pięcioletnią przerwę, w którą wplótł jeden pojedynek, w którym sam się ośmieszył. Kerr przy wejściu w nogi rywala sam się znokautował. Podczas walki z Yoshihisą Yamamoto wyszła mu akcja życia, której nie zapomni do końca. Kerr przy obalaniu rywala najpierw uderzył swoją głową w matę i został znokautowany przez siebie samego. Była to ostatnia walka Amerykanina w Pride, która miała być jego wielkim powrotem. 

- W zapasach gdy rzucisz rywala i upadniesz na głowę to chroni Cię jakieś 3-4 cm maty. Tutaj były deski. Upadek był tym silniejszy, że oprócz siły mojego pędu ciągnęła mnie jeszcze siła grawitacji przeciwnika. Uderzyłem więc z naprawdę wielkim impetem.

Później dwie szybkie porażki: z Mikem Whiteheadem i Mustaphą Al-Turkiem. W 2007 roku i na początku 2008 Amerykanin stoczył dwie walki, które wygrał w pierwszych rundach przez poddanie i były to ostatnie jego zwycięstwa. Następnie przegrywał z nieznanymi: niepokonanym Tracym Willisem (2-0) i z Ralphem Kelly’m (4-4). Kolejne dwie walki to pojedynki z uznanymi w świecie: Jeffem Monsonem i Muhammadem Lawalem. W 2008 roku Kerr zakończył ostatecznie swoją karierę. Właśnie po walce z Lawalem Kerr zaczął się bać o swoje zdrowie:

- To był pierwszy raz, gdzie naprawdę miałem dość. Ten nokaut nie był efektem pojedynczego ciosu, na to nałożyło się wiele ciosów, które przyjąłem wcześniej. Bałem się urazów mózgu, które mają swoje nieznane efekty. To naprawdę straszne kiedy spojrzysz na tych wszystkich sportowców, którzy próbowali popełnić samobójstwo. To straszne, że spowodowały to urazy mózgu. Mam nadzieję, że w końcu uda się odnaleźć relacje pomiędzy wyczynowym sportem i urazami mózgu. Po walce z Lawalem miałem jednak dość. Ostatnie czego chciałem to demencja lub Parkinson spowodowana uprawianiem sportu. 

I tak zakończyła się kariera sportowa pierwszego wielkiego talentu w MMA. Kerr po zakończeniu kariery postanowił, że będzie agentem nieruchomości, jednak w 2008 roku ta gałąź gospodarki przeżywała kryzys i Mark nie znalazł zatrudnienia. Postanowił dorabiać jako trener osobisty, jednak dochody były zbyt małe by utrzymać swojego 4-letniego syna. Wtedy znajomy polecił mu by wszedł w biznes motoryzacyjny. Kerr jednak mówi otwarcie, że czasami nienawidzi pracy ze względu na ludzi, którzy odnoszą się do niego bez szacunku. Gdyby wiedzieli, że walczył w UFC i wygrał trzy tytuły ADCC to wtedy nie powiedzieliby przynajmniej połowy z tego co mówią. Kerr od dłuższego czasu jest już trzeźwy, jego problemy z alkoholem i lekami przeciwbólowymi się skończyły. Kerr nie jest również bywalcem siłowni. Strach przed powrotem bólu jest zbyt silny. Znów waży 125 kg, ale skład ciała jest całkiem inny. Historia Marka Kerra wciąż trwa, jednak jest to już historia, w której nie ma miejsca na sport.
 

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

Pasjonat sportów walki i rywalizacji pod każdą postacią. Trenujący amatorsko i wcześniej startujący w BJJ. W naszym serwisie Paweł zajmuje się światem sportów uderzanych od karate po Kickboxing na Muay Thai czy Kung Fu Wushu skończywszy, dodatkowo pisze o Brazylijskim Jiu Jitsu w naszym serwisie. Znany z działalności w wielu serwisach, pomagał współtworzyć nasz portal na początku. Redaktor działu fighting w miesięczniku kulturystycznym 'Sport dla Wszystkich'.

KOMENTARZE
KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.