MICHAŁ WLAZŁO: CÓRKA WYROŚNIE RACZEJ NA TANCERKĘ

Przedstawiamy wywiad z zawodnikiem federacji FEN, Michałem Wlazło, którego fighter z Trójmiasta udzielił do majowego numeru miesięcznika Sport dla Wszystkich. W wywiadzie poruszono temat fight footballu, talentów córki Michała i walk, jakie już są w jego rekordzie.

Sport dla Wszystkich: Cześć Michał! Na początek może przedstawisz się naszym czytelnikom i opowiesz, jak trafiłeś do kickboxingu?

Michał Wlazło: Witam wszystkich czytelników miesięcznika Sport dla Wszystkich. Po raz pierwszy miałem styczność ze sportami walki przez capoeirę, czyli brazylijski taniec z elementami sztuk walki. Nie ukrywam, że bardzo brakowało mi po prostu kontaktowej walki i dlatego też traktowałem te treningi jako szansę na nauczenie się jakichś podstawowych elementów sportów walki. Ci co siedzą trochę w temacie wiedzą, że w capoeira wyprowadza się mnóstwo kopnięć z wyskoku, a także po obrocie. Jako młodemu człowiekowi imponowały mi bardzo umiejętności Van Damme’a, więc też chciałem tak kopać i robić takie szpagaty (śmiech). Później zacząłem trenować Muay Thai, były to czasy gdy przyjechałem do Gdańska na studia. Chciałem trenować kickboxing, jednak nie pasowały mi godziny treningów, bym mógł pogodzić naukę z treningami. Postawiłem więc na Muay Thai, chociaż naczytałem się wiele na jego temat na forach, że to sport niezwykle brutalny i kontuzjogenny. Mimo obaw poszedłem na trening i od razu się zakochałem w tej formule, pomyślałem, że to jest to. Po pół roku pojechałem na pierwsze zawody, które były w Krakowie. Tym bardziej cieszyło mnie zwycięstwo na tamtym turnieju, bo nie chciałem jechać przez całą Polskę wzdłuż i wrócić z pustymi rękoma. Na szczęście udało się. Po tym sukcesie postanowiłem, że zostaje przy tej formule i na jakiś czas odłożę marzenia o zostaniu drugim Markiem Piotrowskim, a z czasem również Andrzejem Gołotą (śmiech).

SdW: Kojarzę Cię ze startów w barwach Corpusu Gdańsk. Od razu tam zacząłeś trenować?

MW: Nie, dopiero później pojawiłem się w Corpusie, jak już byłem w jakimś stopniu ukształtowanym zawodnikiem z sukcesami na arenie krajowej. Zaczynałem od razu Muay Thai u Artura Budzyńskiego, który miał swoją szkołę również w Gdańsku. Straciliśmy kontakt, nie wiem co teraz robi Artur. Później przeszedłem do Championa Gdańsk, zaliczyłem jeszcze jeden klub w Gdyni i potem trenowałem w Corpus Gdańsk. Teraz natomiast trenuję w ForFicie i czuję się tutaj naprawdę dobrze. Jest z kim trenować wbrew pozorom, bo moim głównym sparingpartnerem jest Andrzej Kulik, także zawodnik wagi ciężkiej.

SdW: Teraz walczysz w MMA. Domyślam się, że przejście z formuły K-1 do MMA była podyktowana względami finansowymi.

MW: Dokładnie. Oczywiście dalej mam zajawkę, sporty walki są dla mnie hobby, jednak nie ukrywajmy, jesteśmy sportowcami zawodowymi i chcemy dostawać pieniądze za walki, w których ryzykujemy swoje zdrowie. Urazy po walce zwykle eliminują z normalnego funkcjonowania na kilka dni, a pieniądze są po prostu rekompensatą za pot wylewany podczas treningów i obrażenia po walce. Wbrew pozorom przygotowania do walk są naprawdę kosztowne i jeśli nie masz sponsorów, to musisz wydawać naprawdę dużo pieniędzy. Jeśli chodzi o samo przejście do MMA, to było więcej czynników. Wywodzę się z Muay Thai, gdzie mogłem walczyć w klinczu i łokciami, w K-1 odchodziły łokcie, klincz był ograniczony, a z czasem wymyślili takie zasady, że porządnego kolana na głowę nie można było wsadzić. W MMA nie ma już takich problemów, a ponadto niemal co tydzień gdzieś jest gala MMA w naszym kraju, więc te szanse na rozwój i toczenie regularnych walk są. W kickboxingu gal było bardzo mało, trzeba było szukać pojedynków gdzieś za granicą, natomiast w MMA można było budować karierę w kraju i jak pokazuje przykład kilkunastu już naszych zawodników, można się wybić do wielkich karier walcząc w Polsce.

SdW: Wcześniej nie uprawiałeś innych sportów? Jesteś wysoki, to może koszykówka, siatkówka, tenis?

MW: Nic z tych rzeczy. Pewnie Cię nie zaskoczę, bo też szukałem sportu kontaktowego. Trenowałem trochę rugby, ale to był krótki epizod. Znudziły mnie wtedy walki, szukałem motywacji i czegoś nowego, dlatego postawiłem na rugby. Nie ukrywam, że dobrze mi to zrobiło, odpocząłem od sali treningowej i ze zdwojoną siłą powróciłem wtedy do treningów. Wcześniej oczywiście za małolata grałem i w piłkę nożną i w koszykówkę, w szczypiorniaka. Łapałem się każdej aktywności, jaką oferowały zajęcia WF i sekcje sportowe w szkołach, a także podwórko.

SdW: Masz ciekawy epizod w swojej karierze, bo brałeś udział w meczu calcio storicco, czyli meczu piłkarskim zakończonym walką obydwu drużyn. 

MW: Była to dla mnie przygoda życia, brałem udział w dwóch meczach, mam nadzieję, że pojadę jeszcze w tym roku i zawalczę po raz trzeci, bo później już nie będzie ku temu okazji. Jeździmy razem z Andrzejem Kulikiem walczyć, mam nadzieję, że w tym roku też się uda. Jak wspomniałem to ostatnia okazja, bo za rok już tylko zawodnicy z Florencji będą mogli się tam pokazać.

SdW: Widziałeś walki dwóch na dwóch organizacji IWT?

MW: Widziałem, ale powiem szczerze, że mam tyle na głowie: rodzina, treningi, swoje walki, że raczej nie będę walczył w tej formule. Zresztą nigdy jakoś nie ciągnęło mnie do tych środowisk kibicowskich, a z tego co wiem właśnie tacy ludzie tam walczą. Ja jestem sportowcem, jeśli wymyślą taką formułę dla zawodników sportów walki, to nie mówię nie (śmiech).

SdW: Chciałbym jeszcze poruszyć temat Twojego debiutu w MMA, jakby nie patrzeć nieudanego. Dopiero po pięciu latach zawalczyłeś ponownie. Czyżbyś walkę z ‘Balonem’ brał na kilka godzin przed galą?

MW: Dokładnie. Wiesz, zaproponowali mi walkę, nie wiedziałem w ogóle z kim walczę, a wtedy w ogóle nie miałem pojęcia o walce w parterze. Nie ukrywam, że Przemek pokazał mi, czym jest walka w MMA i jakie znaczenie mają treningi parterowe. Teraz oczywiście przykładam się do treningów zapaśniczych, bo jak wiadomo jestem kickboxerem i chcę utrzymać walkę w stójce, trenuję również ucieczki parterowe, jak i same techniki, żeby po prostu rywal mnie nie zaskoczył, tylko żebym mógł się wybronić. Walka z Przemkiem Biskupem była jedną z tych głupich decyzji, które popełniłem w życiu, wiadomo nie pierwsza, nie ostatnia, ale dał mi lekcję i od tamtego momentu zacząłem się przykładać do treningów każdej płaszczyzny. 

SdW: Nie od razu po walce z Biskupem postawiłeś na MMA, jeszcze pięć kalendarzy trzeba było zmienić na ścianie, zanim powróciłeś na dobre do tej formuły…

MW: Wtedy walczyłem etatowo w K-1, startowałem amatorsko i zawodowo. Nie będę ukrywał, miałem ogromne braki parterowe i zapaśnicze i nie było sensu pchać się na siłę do MMA, gdzie rekord się liczy, jeśli chcesz się bić o najwyższą stawkę. Do kolejnej walki już przygotowałem się tak jak trzeba i wygrałem ją. Mogę powiedzieć, że w K-1 walczyłem w dużych federacjach, bo rywalizowałem na galach King of Kings, na Superkombat, więc są to uznane marki nie tylko w Europie, ale i na świecie. Dopiero później odezwała się do mnie organizacja Fight Exclusive Night i zacząłem walczyć w dużej polskiej organizacji zajmującej się mieszanymi sztukami walki. Zdradzę również, że miałem od nich propozycję walk w K-1, jednak już przestawiłem się na MMA i nawet mimo tego, że walczyłem w stójce tyle lat, potrzebuję czasu by wyeliminować pewne rzeczy, które weszły mi w nawyk podczas treningów zapaśniczych. 

SdW: Właśnie FEN, Twój obecny pracodawca. Powiedz mi proszę czy w Twoim odczuciu to dobre miejsce do rozwijania kariery. Czy w związku ze współpracą FEN z telewizją Polsat łatwiej Ci w rozmowach ze sponsorami?

MW: Oczywiście. FEN jest rozpoznawaną organizacją, z solidną pozycją na rynku i z mocną telewizją po swojej stronie. W tym sporcie nie zarabia się dużo na walkach, większa część dochodów zawodnika to wpływy od sponsorów, a możliwość toczenia pojedynków na żywo na antenie Polsatu to doskonała okazja do wypromowania zawodnika, jak i marki danego sponsora. Nie oszukujmy się, 30-sekundowy spot reklamowy kosztuje kilkadziesiąt razy drożej niż reklama na zawodniku, który jest pokazywany w telewizji bez przerwy czasami nawet kilkanaście minut lub więcej. Reasumując uważam, że FEN jest świetnym miejscem na rozwijanie swojej kariery zarówno pod względem sportowym jak i wizerunkowym.

SdW: Ostatnia Twoja walka w FEN to zwycięstwo nad Marcinem Gułasiem. Teraz odszedł Tyberiusz Kowalczyk, więc jesteś jedynym ciężkim w organizacji i pytanie, czy są jakieś rozmowy co do walki o pas?

MW: Jeszcze nie, za mało mam jeszcze walk w FEN. Fakt, nie ma chyba innych zawodników wagi ciężkiej, jednak wydaje się, że to za wcześnie. Teraz czeka mnie fajna walka, zmierzę się z Martinem Chudejem, zawodnikiem stójkowym, który pokonał Akopa Szostaka. Jest sporo niższy, ale pokazał, że jest naprawdę silny, ma czym uderzyć i nie szuka parteru. Będzie naprawdę dobra walka, prawdziwa młócka i zapowiada się, że będzie to ringowa wojna, na którą liczę.

SdW: Walczyłeś również w rumuńskim KSW, czyli organizacji RXF, stoczyłeś dwie walki, pokonałeś najpierw idola Rumunów, Sandu Lungu, a w grudniu przegrałeś w walce o pas z Anatolijem Ciumaciem. Czy to były największe marketingowo walki dla Ciebie?

MW: Powiem szczerze, że walka z Ciumaciem wzbudziła niewielkie zainteresowanie w Rumunii. Pojechałem tam z kontuzją, jednak nie sprzedałem tanio skóry i Rumun musiał się nieco namęczyć, żeby mnie pokonać. Wywracał mnie i na mnie leżał, ja wstawałem, jednak nie poobijał mnie z góry. Dużo większą popularnością cieszyła się walka z Lungu, tam facet jest naprawdę gwiazdą. Duża rumuńska telewizja, wywiady, konferencja prasowa, tłum ludzi na ważeniu. Robiło to wrażenie. Jednak walcząc w federacji FEN też się ciesze zainteresowaniem mediów, czego najlepszym przykładem jest rozmowa z Tobą (śmiech).

SdW: Trudno zaprzeczyć. Walka zbliża się wielkimi krokami, więc pytanie z kim sparujesz?

MW: Nie brakuje dużych facetów, tak jak wspomniany Andrzej Kulik, który idealnie pasuje pod Chudeja warunkami fizycznymi. Myślę też o krótkim obozie sparingowym, wyjeżdżam do ciekawego zawodnika, który również zaczynał od K-1. Na ten moment nie podam Ci nazwiska, ale też mu pomogę, bo czeka go duża walka na dużej gali w Polsce o pas, więc też będę imitował jego rywala.

SdW: Powiedz mi jeszcze jak rodzina, znajomi podchodzą do tematu Twoich walk. Oglądają?

MW: Oglądają, oglądają. Mama jak to mama, wiadomo. Ojciec bardzo kibicuje. Żona, jak to żona, oczywiście boi się przed każdą walką, myślę, że wolałaby gdybym nie walczył, jednak rozumie, że to moja życiowa pasja i bez tego nie mogę żyć. Ciężko mi jest sobie wyobrazić, że chodzę po domu w papciach, oglądam telewizję itp. Traktuję walki poważnie, mimo że jest to zajęcie dodatkowe, bo realizuję się w pracy. 

SdW: A córka?

MW: (z dumą) Też! Córcia wie, czym się zajmuje jej tata, ma już ponad pięć lat. Wyrośnie raczej na tancerkę, niż zawodniczkę sportów walki, ale kto wie. Może uda się tacie przekonać ją do sportów walki (śmiech). Żartuję, serio myślę, że będzie raczej prima baleriną. Zabieram ją czasem do klubu, żeby zobaczyła jak to wszystko wygląda, czasami sama potrenuje, jednak może lepiej, jakby pozostała przy tańcu.

SdW: Masz już plan co robić po zakończeniu kariery?


MW: Co Ty! Przecież ja mam przed sobą jeszcze długą karierę i wiele celów do zrealizowania. Tak poważnie to pozostanę przy sporcie, trochę sędziuję, więc myślę, że jak już sam zejdę z ringu to będę z boku oceniał moich następców. Są jeszcze treningi, które prowadzę, więc myślę że będę miał co robić. Jak już mówiłem wcześniej, nie będę siedział w papuciach przed telewizorem, prędzej już będę podziwiał dzieci, jak się realizują w swoich pasjach.

SdW: MMA to najwszechstronniejszy sport na świecie, więc bez siłowni się nie obędzie. Jak wyglądają Twoje treningi siłowo- wytrzymałościowe?

MW: Wiesz co… na siłowni to nie byłem już bardzo długo. Oczywiście w przenośni, bo muszę przejść przez siłownię na naszą salę z matą. Kiedyś dużo ćwiczyłem na siłowni, teraz jednak pracuję na treningach obwodowych, gdzie buduję nie tylko kondycję i wytrzymałość, ale również siłę. To się sprawdza w moim przypadku i nie ma co zmieniać recepty na sukces, która działa.

SdW: A kwestia diety i suplementacji istnieje, czy brak górnego limitu wagowego pozwala na nie do końca czystą michę?

MW: Nie ma mowy o przypadkowych posiłkach i śmieciowym jedzeniu, odżywiam się zdrowo. Oczywiście są dni, że wjedzie na stół jakiś cheat meal jedzony w rodzinnym gronie, ale nie są to jakieś przesadne ilości. Zresztą sam widzisz jak wyglądam na walkach, więc możesz ocenić. Nie muszę na szczęście zaprzątać sobie głowy przygotowywaniem posiłków, bo dba o mnie Kukuła Healthy Food. Można powiedzieć, że żyje jak król: dwie piękne kobiety w domu, a obiad mi dowożą (śmiech). Jeśli chodzi o suplementację to wspiera mnie Real Pharm, sponsor którego zmieniłem w ostatnim czasie. Bardzo dziękuję im za tą współpracę. 

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE
KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.