FREAK FIGHT NA LUMPINEE - PROFANACJA CZY SUKCES?

Freak fighty obecne są w MMA niemal od początku tego sportu. Myślicie jednak, że Pride, KSW i inne organizacje korzystają tylko z ludzi, którzy nie do końca mają coś wspólnego ze sportami walki? Miesiąc temu odbyła się taka walka na stadionie Lumpinee na zasadach Muay Thai. 

Sprzedaż biletów osiągnęła milion bathów, dodatkowo 300 tysięcy batów przeznaczono dla fundacji, pomagającej bezdomnym dzieciom i to było głównym celem freak fightu na jednym z najsłynniejszych stadionów Muay Thai na świecie. Kto zmierzył się w tej historycznej potyczce?

Sia Bo jest wytatuowanym człowiekiem, który ma wiele wspólnego z życiem na ulicy. Ponadto był cięższy od swojego przeciwnika o ponad 15 kilogramów. Mimo wszystko bukmacherzy nie stawiali na niego, kursy na poszczególnych zawodników. Jego przeciwnikiem był Gong, mający mniej tatuaży i blisko 40 walk w Muay Thai. Nie jest to małe doświadczenie, jednak ostatnia walka Gonga miała miejsce w ringu ponad 10 lat temu. Ludzie obstawili więc na swoich faworytów i z zapartym tchem śledzili walkę.

Zakłady wyniosły około pięć milionów bathów, czyli w przeliczeniu jakieś 700 tysięcy złotych. Pojedynek odbywał się na specjalnych zasadach. Zawodnicy walczyli tylko jedną, czterominutową rundę, a zwyciężyć można było jedynie przez nokaut. W przeciwnym wypadku pojedynek zostałby ogłoszony jako remisowy. Ponadto zawodnicy nie byli ważeni przed walką, a zamiast tradycyjnych rękawic pięściarskich mieli na dłoniach rękawice używane w walkach MMA. Obie drużyny jako depozyt wprowadzili pół miliona batów, czyli około 70 tysięcy złotych. Pojedynek ogłoszono jako walkę bez reguł, pierwszą w historii legendarnego stadionu Lumpinee. 

Wszystko zaczęło się pod koniec maja, gdy dwóch małych gangsterów, Sia Bo oraz Gong starli się na słowa w popularnym serwisie społecznościowym Facebook. Obydwaj wymieniali mocne argumenty i postanowili, że staną do walki. Zdecydowali jednak, że nie będzie to uliczna bójka, tylko będzie to oficjalny pojedynek na stadionie Lumpinee, a cały zysk z walki zostanie przekazany na cele charytatywne. Mający za sobą jakieś 10 dni treningu zawodnicy w końcu dowiedzieli się, że grupa promocyjna Ruamkonbpaetrew zorganizuje im walkę na słynnym stadionie. Szok dla wszystkich był ogromny, ponieważ po raz pierwszy na jednym z najsłynniejszych stadionów Muay Thai na świecie, o występie na którym marzy każdy zawodnik Muay Thai, miało dojść do walki dwóch rzezimieszków, którzy mieli walczyć w rękawicach bez palców i to tylko jedną rundę. 

Nie jest to pierwsze takie wydarzenie w Tajlandii. W sierpniu zeszłego roku dwóch szefów konkurencyjnych grup przestępczych, zajmujących się walkami kogutów stanęło naprzeciw siebie w walce, która pobiła rekordy popularności. Starli się jednak na mniejszym stadionie, osiągnęli ogromne wyniki oglądalności w telewizji, a sama walka odbiła się szerokim echem w środowisku Muay Thai, jednak nie osiągnęła takich sukcesów jak pojedynek dwójki bohaterów tego artykułu. 

Dwóch dużych promotorów walk na stadionie Lumpinee, Boat Petchyindee oraz Numnou Singpathong mieli zarezerwowane miejsca w pierwszym rzędzie. Obydwaj jednak myśleli, że ogłoszona walka, elektryzująca niemal całą Tajlandię jest żartem i ‘zawodnicy’ nie wyjdą do ringu na walkę, by bezcześcić ring na jednym z najsłynniejszych miejsc świata Muay Thai. Wiele osób związanych z narodowym sportem Tajów miało podobne zdanie, jednak to nie wystarczyło, by odwołać spektakl, który miał tyle samo zwolenników, co przeciwników. Obydwaj ‘fighterzy’ mieli wiele do powiedzenia na temat samej walki i koniec końców uznano to za dobry przykład dla małych dzieci. W wywiadzie dla telewizji ThaiRat powiedzieli, że jest to pokazanie młodym dzieciom, że walki na ulicy nie są dobre, a sama ich walka miała pomóc przyciągnąć jeszcze większą uwagę do Muay Thai. Czy ktoś by wygrał, czy przegrał to wciąż fundacja pomagająca bezdomnym dzieciom otrzymałaby pieniądze. Walka, która zarobiła ponad milion batów ze sprzedaży samych biletów miała jednak wielu przeciwników. Mistrz stadionu Rajadamnern ze złotych czasów tego miejsca, Rotnarong miał wobec walki mieszane uczucia:

- Ta walka wcale nie musiała się odbywać na Lumpinee, można było postawić ring gdzieś obok, lub zawalczyć na jakimś mniejszym stadionie. Jednak wiadomo, był to pojedynek, który gwarantował wielkie pieniądze. Kiedy musisz wyprzedać halę, to co masz powiedzieć? Ponadto oni przekazali pieniądze na cele charytatywne i to wszystko jest pozytywnym przykładem.

Czy walka była zorganizowana na pewno w celach charytatywnych? I tak i nie. Nie da się zaprzeczyć, już nawet podczas wai kru, że obydwaj Panowie się nie lubią. Obydwaj próbowali oddać szacunek swoim mistrzom, jednak podczas skrócenia dystansu odpychali się nawzajem. Sia Bo pokazał nawet znak braku szacunku w kierunku narożnika Gonga, co wcześniej nie było widziane w Muay Thai, a co dopiero na takim miejscu jak stadion Lumpinee, co uznano za profanację. Podczas walki wyszedł brak doświadczenia Sia Bo, który próbował udusić swojego rywala. Gong walczył bardziej czysto, dzięki swojemu doświadczeniu w Muay Thai był w stanie wyprowadzać kopnięcia, które dochodziły do cięższego przeciwnika. Jednak cztery minuty to za mało, by można było zranić rywala. Sia Bo jednak już po dwóch minutach był zmęczony, łapał się lin próbując złapać oddech. Sędzia nakłaniał obydwu do ataku i kiedy wznowiono walkę na środku ringu, Sia Bo znalazł się na deskach. Nie było to spowodowane atakami Gonga, ale zmęczeniem. Jednak 10 dni treningów z ekspertem od Muay Thai, Phrayakiem Samui było za mało, by palący dwie paczki papierosów dziennie od kiedy był dzieckiem, Sia Bo mógł bezproblemowo wytrzymać cztery minuty w ringu. Nagle rozbrzmiał gong obwieszczający koniec walki Gong myślał, że wygrał, podobnie jak publiczność. Na stadionie Lumpinee gong nie ratuje w żadnej z rund. Sędzia zaczął liczyć Siao Bo, który zmieszany odkrył, że nie przegrał i musi wstać, żeby nie przegrać walki. Właśnie dlatego pojedynek ogłoszono jako remisowy. 

Wywodzący się z małych grupek przestępczych gangsterzy po dzieleniu ringu w walce Muay Thai natychmiast nabrali do siebie szacunku. Zła krew odeszła i obydwaj zawodnicy poczuli się głupio, przeprosili się za słowa na Facebooku, a później oddali sobie honory w ringu. Jak się okazało sport pozwolił im uwolnić emocje, kumulowane kilka tygodni przed walką. 

Sama walka była hitem w mediach społecznościowych. Wiele koncernów medialnych podchwyciło temat walki, która była transmitowana przez Channel NBT. Walka nie była właściwie transmitowana w krajowej telewizji, jednak wiele kont na Facebooku transmitowało pojedynek. Jeden ze streamów osiągnął 300 tysięcy wyświetleń. Ta walka pokazała też, że zawodnicy Muay Thai nie są w stanie osiągnąć takich wyników oglądalności jak dwaj młodzi gangsterzy. Jednak wielu widzi w tym szanse dla Muay Thai, w którym mogli pojawić się nowi widzowie, jak po walce Mariusza Pudzianowskiego z Marcinem Najmanem w KSW. Mimo, że obydwaj nie zarobili pieniędzy, to Sia Bo i Gong osobiście przekazali 300 tysięcy bathów, czyli około 40 tysięcy złotych, na fundację pomagającą dzieciom z ulicy. Koniec końców wygrał sport, który udowodnił, że łączy ludzi i jest wykorzystywany w dobrych celach. Poniżej prezentujemy jeszcze słynny pojedynek, który już teraz przekroczył 2 miliony wyświetleń na Youtube.

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.