BATRA: POLSCY KICKBOXERZY MAJĄ W SOBIE PODDAŃSTWO

Bartosz Batra, wojownik boksu tajskiego, jest kolejnym gościem Andrzeja Gliniaka w cyklu 'Druga strona medalu'. Co zdaniem naszego rozmówcy w sportach walki jest uwłaczające? Co sądzi o coraz popularniejszych freak fightach? Jakie było największe wyzwanie w jego karierze? O wszystkim opowiada w bardzo szczerym wywiadzie, tradycyjnie nie gryząc się w język. Zapraszamy do lektury!

- Potrafisz czasem ugryźć się w język?
Zawsze mówię to co myślę. Na tyle długo siedzę w środowisku sportów walki, że nie akceptuję niejasnych sytuacji. Życie mnie tego nauczyło. Zawsze biłem się o swoje. I to dosłownie. Ojciec jest Hindusem, a ja z racji ciemnej karnacji od małego musiałem liczyć się z uwagami na swój temat. Mama wychowała mnie tak, żebym nigdy nie dał po sobie deptać. Zawsze podkreślała, że najważniejsza jest godność. Dziewczyna czy znajomi często mówią, żebym odpuścił. Nie potrafię. To mnie tylko napędza. Jeśli jeszcze mam przekonanie, że racja leży ewidentnie po mojej stronie to rozpędzam się niczym Ferrari. Z perspektywy czasu niektórych rzeczy jednak żałuję.

- Jak choćby burzy medialnej jaką wywołałeś przed walką KSW Tyberiusza Kowalczyka z Mariuszem Pudzianowskim.
To było od początku nasze celowe działanie. Mariusz wytrzymał wojnę psychologiczną i chwała mu za to. Po zwycięskiej walce podszedł do mnie i powiedział "udowodniłem ci, że mogę". Zyskał tym samym mój szacunek.

- A nagonka na Akopa Szostaka?
- Muszę wybrać się do psychologa - tymi słowami po walce Akop całkowicie podważył swój trenerski autorytet jako wielkiego motywatora. Gość, który ma mobilizować tysiące ludzi nie jest w stanie poradzić sobie sam ze sobą. Gdzie tu zatem jego wiarygodność? Szostak przegrał walkę z Tyberiuszem już znacznie wczesniej. W głowie. W  ringu w 47 sekund legły w gruzach jego wszystkie "życiowe" sentencje.

- Bardzo sceptycznie podchodzisz do wielu rzeczy, które dzieją się w środowisku.
Jestem po prostu rozgoryczony, bo sam wychowywałem się w erze bohaterów. Moimi idolami byli Andrzej Gołota, Mike Tyson czy Bruce Lee. Chciałem być taki jak oni. Dla walk Gołoty zarywało się noce, a przecież nasz pięściarz nigdy nie zdobył żadnego pasa. Do tej pory jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych Polaków i ma szacunek na wieki. Kiedy zaczynałem trenować internet dopiero raczkował. Teraz mamy wszechobecny dostęp do sieci a w niej wysyp pseudo wojowników czy fit trenerów. Wybitni fighterzy pracowali na swój sukces i nazwisko latami, obecnie wielu wydaje się, że lajki na faceboku czy instagramie załatwią sprawę i zrobią z nich "nieśmiertelnych".

Mnóstwo zawodników podkreśla, ilu ma sponsorów i jak łakomym kąskiem są w branży. Tak naprawdę nie zdają sobie sprawy, że ci wszyscy "wspomagacze" to po prostu ludzie dobrej woli, którzy zapewnią catering, wypożyczą auto czy wydrukują koszulkę, a wszytko w zamian za reklamę. Sponsora to może mieć Cristiano Ronaldo czy Roger Federer. Jeden z kadrowiczów K-1 opowiadał mi o sponsorze, który "wspierał" reprezentację Polski na zakończonych niedawno The World Games we Wrocławiu. To była lodziarnia. Zawodnicy w ramach zobowiązań marketingowych mieli zrobić sobie zdjęcie przed lokalem, a potem każdy z nich otrzymał... loda gratis.

- Żaden polski wojownik nie ma zatem według Ciebie sponsora?
Pewnie że mają, ale doszli do tego ciężką praca a przede wszystkim pokorą. Kiedyś Asia Jędrzejczyk opowiadała mi, jak mieszkając w Holandii i mając 5 euro dziennie zastanawiała się czy kupić sobie obiad czy może bilet na autobus, żeby dojechać na trening.  

- Osobny temat to zarobki...
Większość polskich kickboxerów ma w sobie takie poddaństwo, taką "murzyńskość". Godzą się na wszystko, byle tylko zawalczyć, negocjacja warunków to dla nich abstrakcja. Środowisko jest skonfliktowane, brakuje solidarności. Każdy boi się postawić a potem jest płacz, że zawodnicy nie dostają pieniędzy i to wstyd walczyć za marne grosze. Jeden polski "mistrz" użala się, że zdobywa pasy, a zarabia słabe pieniądze i dlatego musi dorabiać w Tesco jako ochroniarz. Gdybym mnie to spotkało, po prostu palnąłbym sobie w łeb.

Należy przede wszystkim zadać sobie pytanie do czego prowadzi taki dumping czyli zaniżanie stawek. Niektórzy walczą nawet za tysiąc złotych albo i jeszcze mniej. A gdzie godność i szacunek do własnego zdrowia? Przecież każdy wchodząc do ringu ryzykuje swoje życie. Inna sprawa, że występy takich "orłów" wpływają na jakość gali. Jeden czy drugi sponsor mając jakiekolwiek pojęcie o sportach walki, widząc poziom takiego widowiska więcej nie zainwestuje. Takie działanie tylko zniechęca ludzi do naszej pięknej dyscypliny.

Coraz więcej jest też "asów", którzy po jednej czy dwóch walkach ze zwykłymi kelnerami robią z siebie gwiazdorów i składają deklaracje walki o pas, a nawet rzekłbym pasek, bo nie ma to żadnej wartości prestiżowej. Dlaczego skoro większość uważa się za tak świetnych fighterów, tylko trzech Polaków walczyło w Glory, czyli najbardziej prestiżowej organizacji na świecie? Tam nikt nie dostanie się z przypadku. Ostatnio w gronie znajomych oglądaliśmy nagranie sprzed kilkunastu lat. Młodziutki Marcin Parcheta, dopiero zaczynający swoją przygodę ze sportami walki, deklarował odważnie do kamery: - Będę mistrzem świata! Nie w głowie były mu pseudo pasy czy lajki na fejsbusku. Chciał być najlepszy. Po wielu latach ma w swoim dorobku cztery tytuły czempiona globu. Szacunek.

- Nowe federacje powstają jak grzyby po deszczu. Zdarza się, że osoba, która organizuje galę patrzy tylko jak zarobić i wtedy robi się klops.
Wszystko oczywiście kosztem zawodników. Najwieksza wtopa, w której uczestniczyłem to "słynna" już gala w Londynie. Mój podopieczny Tyberiusz Kowalczyk miał bić się z Mariuszem Pudzianowskim. Czułem jednak pismo nosem i brałem pod uwagę, że do walki może w ogóle nie dojść. Za długo siedzę w tej branży, żeby sie mylić. Kilka dni przed galą wycofał się główny sponsor. Pudzianowski nie dostał przelewu i nawet nie wsiadł do samolotu. Razem z Tyberianem polecieliśmy po naszą należność. Pieniądze udało się odzyskać jedynie w części. Od tamtej pory jestem podwójnie uczulony na wszystkie powstające federacje i kasiastych sponsorów, którzy chcą zrobić mega show.

- Przed galą w Londynie pod swoje skrzydła wziąłeś Tyberiusza Kowalczyka. To było spore ryzyko. Twoja trenerska opinia mogła ucierpieć.
- Albo się zbłaźnię albo zrobię z niego zawodnika - pomyślałem, kiedy zobaczyłem go na sali po raz pierwszy. Ważył 136 kilogramów i był kompletnie surowy. Nie wytrzymywał zwykłej rozgrzewki. Po przebiegnięciu połowy sali oddychał uszami. Konsekwentna praca i jego charakter jednak zaprocentowały.

- Twoja opinia na temat freak fightów?
Jestem ich przeciwnikiem. Uważam, że czasy promocji sportów walki przez pojedynki celebrytów już się skończyły, a obecnie mogą tylko zaszkodzić dyscyplinie. Przecież jeszcze kilka lat temu takim freakiem był Mariusz Pudzianowski. Teraz gala bez pojedynku Popek versus Burneika spokojnie się sprzeda. Nieporozumieniem jest, że w walkach głównych niektórych imprez walczą zawodnicy, którzy do ringu wchodzą tylko po to, żeby zarobić i się wylansować. Nigdy w życiu nie zawalczyłbym na gali, w której na karcie walk umieszczony jestem niżej niż walki freaków. To uwłaczające.

- Zawsze podkreślasz, że wojownik zostanie zapamiętany głównie przez pojedynki, które stoczył z wymagającymi przeciwnikami. Co zatem dla Ciebie było największym wyzwaniem w karierze?
Walczyłem w Bangkoku czyli w kolebce boksu tajskiego na prestiżowej gali Thai Fight Countdown z okazji nadejścia Nowego Roku. To był mecz Tajlandia kontra reszta świata. Ring ustawiony był w centrum stolicy, a impreza transmitowana na antenie publicznej telewizji. Wojowników w kulminacyjnym momencie dopingowało ponad sto tysięcy kibiców. Moim rywalem był Payak Samui, jedna z miejscowych gwiazd. W drodze na ring tajscy kibice pokazywali mi gest poderżniętego gardła i pozdrawiali słowami mówiąc, że mój rywal mnie zabije (śmiech). - Jeszcze zobaczymy - pomyślałem. Od początku to była twarda walka. Kiedy w pierwszej rundzie posłałem Taja na deski publika zamarła. Ostatecznie Payak przetrwał i pojedynek zakończył się na pełnym dystansie. Zwycięzcą został gospodarz, a mi pozostało dobre wrażenie i głosy miejscowych kibiców, że jestem zwycięzcą.

- Najwieksza porażka w karierze?
Przegrana walka trzy lata temu z Maćkiem Zębikiem na gali MFC 7 w Zielonej Górze. Trochę zlekceważyłem przeciwnika, a do tego odbiło się na mnie zbicie wagi. Rywal wygrał na punkty, choć większość obserwatorów uznała, że to ja byłem zwycięzcą. Wiele razy apelowałem do Maćka o rewanż, ale do tej pory mnie unika.

- W ubiegłym roku zdobyłeś nagrodę za nokaut roku.
Podczas gali Heroes Fight Time w Trzebnicy znokautowałem swojego rywala efektownym kołowrotkiem czyli kopnięciem w głowę podpartym jedną ręką. Wszystko wyszło tak jak sobie zaplanowałem, bo dobrze opanowałem tą technikę i nie było mowy o żadnym przypadku. Jednak jak to w Polsce, od razu zaczęły się hejty, że słaby rywal, że mi szczęśliwie wyszło. Proszę bardzo, nikomu nie bronię zastosować tej techniki w walce, a przy tym jeszcze trafić i powalić przeciwnika. Gwarantuję, że łatwo nie będzie (śmiech).

Czytaj więcej o TuWroclaw.com

Rozmawiał Andrzej Gliniak

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.