PREZES ŚWIATOWEJ ORGANIZACJI W KWARANTANNIE DOMOWEJ

Wiesław Koluch - W okresie letnim wiosenno - jesiennym zawsze staramy się wypoczywać w naszym kraju, jednak kiedy u nas jest zima po słońce udajemy się na Wyspy Kanaryjskie. Tam mamy wielu przyjaciół i znajomych. Ostatnie dwa tygodnie wraz z rodziną spędziliśmy na Fuerteventurze. Kiedy wyjeżdżaliśmy na urlop sytuacja w Europie była w miarę stabilna. Okazało się jednak, że sytuacja z koronawirusem zaczęła rozwijać się bardzo dynamicznie. W drugim tygodniu naszych wakacji zorientowaliśmy się, że w Polsce doszło już do pierwszego zarażenia i będziemy musieli odbyć kwarantannę domową.

Czy rozważał pan opcję skrócenia pobytu w celu ominięcia kwarantanny?

WK - Nie, nie rozważaliśmy możliwości szybszego powrotu. Pomimo, że na wyspie w dniu wyjazdu nie było żadnych przypadków zachorowań to i tak w przypadku wcześniejszego powrotu dla bezpieczeństwa przestrzegalibyśmy zasad kwarantanny. Jednak braliśmy pod uwagę inne warianty. Kiedy oficjalnie został odwołany Puchar Polski w Koluchstyl, gdzie poprzez akcję charytatywną mieliśmy wesprzeć zakup windy dla Kacpra, to tak naprawdę mogliśmy pozwolić sobie na przedłużenie naszego pobytu na Fuerteventurze. Zastanawialiśmy się, czy nie lepiej by było przeczekać kolejne dwa czy cztery tygodnie w ciepłym klimacie, skoro u nas i tak musielibyśmy przesiedzieć ten czas w domu. Jednak w dniu wylotu sytuacja na wyspie zmieniła się diametralnie. Rząd Hiszpanii wprowadził ścisłą kwarantannę dla wszystkich mieszkańców i turystów. Nikt nie może tam wychodzić z domu. Dozwolone są wyjścia do sklepu, do apteki i ze stosownym dokumentem do pracy. Nie ma mowy o jakichkolwiek spacerach, nawet nad oceanem. Znajomy rezydent chciał sobie pobiegać i za swój bieg dla zdrowia zapłacił 600 euro mandatu.

Jak więc przebiegała Państwa podróż do domu?

WK - Wystartowaliśmy z półgodzinnym opóźnieniem. Państwo nasze wydało ścisłe zalecenie, że do naszego kraju mogą wrócić tylko obywatele Polski. Wycieczkę w biurze miało wykupionych kilku obywateli Litwy, tym samym mieli oni wykupiony powrót czarterowy naszym samolotem. Mimo starań pilotów, którzy skontaktowali się z Ambasadą Polską i Litewską nie udało się zabrać naszych sąsiadów na pokład. Przede wszystkim wielkie ukłony do załogi samolotu. Przemiłe stewardesy, ubrane w cieniutkie maseczki, starały się służyć pomocą zdezorientowanym tą sytuacją pasażerom. Podczas lotu otrzymaliśmy karty powrotu na których należało wpisać adres pobytu podczas kwarantanny. Po wylądowaniu sytuacja zaczęła się komplikować. Około 30 minut czekaliśmy wejście służb WOT. Przez kolejne 40 minut żołnierze z terytorialnej wyposażeni w maseczki i rękawiczki (mam tylko nadzieję, że przed nami nie wykonywali tych samych procedur np. w samolocie z Włoch) zbierali deklaracje i mierzyli nam temperaturę. Autobusem zostaliśmy przetransportowani do budynku lotniska i byliśmy pewni, że przejdziemy do odbioru naszych bagaży.

Czyli nie był to jeszcze koniec formalności związanych z przelotem.

WK - Niestety, tak nie było. Weszliśmy do niedużego pomieszczenia, gdzie było ponad 500 osób oczekującej do kontroli granicznej. 12 okienek, w tym 4 otwarte, żadnej informacji, żadnej ochrony. W takiej kolejce należało poczekać pewnie około 3,5 godziny, żeby jeszcze raz przejść tę samą procedurę, czyli podać miejsce kwarantanny i okazać swój dowód tożsamości. Co najgorsze w jednym pomieszczeniu znajdowali się pasażerowie z Barcelony, Malty i Fuerteventury. A przypominam na Fuerteventurze nie było zachorowań, czego nie można już powiedzieć o Barcelonie. Pasażerowie zdenerwowani, dzieci zapłakane, ktoś w kolejce wzywał lekarza.

Znając pana, panie prezesie, nie był pan bierny w tej sytuacji?

WK - No cóż, dla własnego dobra i dla dobra pozostałych pasażerów trzeba było coś zadziałać. Tak naprawdę to miejsce mogło być wylęgarnią koronawirusa. Wszystko było przeprowadzone bez zachowania jakichkolwiek wytycznych z sanepidu. Podszedłem do wszystkich okienek, poprosiłem by wezwano więcej osób do pomocy, by w pierwszej kolejności obsłużono rodziny z małymi dziećmi. Poprosiłem o przysłanie wsparcia i zwiększenie szybkości przepływu. Pogranicznicy w tej sytuacji tak naprawdę byli bezradni. Decyzją wyższego szczeblu było wysłać wszystkich na urlop, może zdalną pracę, a tylko kilka osób w tej kryzysowej sytuacji zostało na „posterunku”. Kolejne ukłony dla tej garstki pograniczników, którzy byli wystawieni na pierwszą linię, jednak bez żadnych zabezpieczeń, bez maseczek ochronnych. Po interwencji obiecano mi, że zostanie zwiększona ilość pracowników i tak za chwilę się stało.

Kwarantanna, jak przebiegał transfer do domu?

WK - Pełen profesjonalizm. Przyjechano po nas dwoma samochodami. Mój prywatny samochód czekał na nas z kluczykami przy lotnisku, w drugim samochodzie byli nasi dzielni wojownicy /eskorta/, z daleka pomachaliśmy do siebie, wsiedliśmy do auta i dalej tylko kontakt telefoniczny. Jednak co jest bardzo niedobre, nie wszyscy zastosowali się do ścisłych procedur, niektórzy podróżni wsiadali do taxi. Co najgorsze to tak naprawdę, nigdzie nie było żadnej informacji jak ma przebiegać nasz powrót i kwarantanna. Nikt nas nie pytał jak mamy zamiar dotrzeć do domu, nikt nie prosił o podanie danych innych domowników. Na lotnisku nie było żadnej osoby oprócz kilku pograniczników w okienkach i jednej pani sprzątającej, ale już po drugiej stronie. Jedyna informacja to krótkie zdanie w samolocie – proszę udać się do miejsca kwarantanny i życzymy dużo zdrowia.

Zauważył pan dużo nieścisłości, z czym to jest związane, kto zawinił?

WK - Hm, ciężko powiedzieć kto zawinił, ponieważ jest to nowa sytuacja i tak naprawdę w tej dziedzinie nikt nie ma doświadczenia. Ci, którzy mają jakąkolwiek wiedzę na ten temat, którzy w dawnych latach spotkali się z kwarantanną za granicą są już na emeryturze. To wszystko dzieje się zbyt szybko. Dopiero po wszystkim zostaną wyciągnięte wnioski i każdy powie można było zrobić tak lub tak. Od prawie trzydziestu lat bardzo aktywnie podróżuję, zwiedziłem około 70 krajów i widok ludzi w maseczkach w krajach azjatyckich już dawno był czymś naturalnym, co u nas by było nie do pomyślenia jeszcze nawet w grudniu. Moich kilka sugestii co do akcji „powrót do domu”. Logistyka i jeszcze raz logistyka. Nie wolno kumulować tak dużej ilości pasażerów w jednym pomieszczeniu, zgodnie z ustawą przecież nie może w jednym miejscu przebywać więcej niż 50 osób. Ok, zgadzam się, skoro 200 osób leciało jednym samolotem, mogą oni pozostać w jednej sali, ale bez łączenia z pasażerami z innych lotów. Zwiększenie ilości pograniczników, wyposażenie ich w stosowne środki ochronne. Żołnierze WOT wchodzą do samolotu we własnych mundurach, jedyna ochrona to maseczka i rękawiczki. Jest to sytuacja niedopuszczalna ze względów sanitarnych. Jest to zagrożenie dla nich samych, ale również dla innych pasażerów, ponieważ mogą przenieść zarazki z innego samolotu.

Czy ktoś z Państwem się kontaktował?

WK - Tak, codziennie podjeżdża pod nasz dom patrol policji. Rozmawiamy przez telefon. Mili policjanci, policjantki pytają nas o nasze samopoczucie, czy czegoś nie potrzebujemy, proszą o podejście do okna. W rozmowie z policjantami czasami żartujemy sobie, zapraszam ich na kawę.

Czy pobrane będą Państwu próbki na obecność wirusa?

WK - Na tę chwilę nie ma takiej potrzeby. Nie da się zrobić testów dla wszystkich, którzy wrócili z zagranicy. Jednak znam przypadki robienia testów dla osób, które czują się dobrze, ale miały kontakt z osobą zarażoną. I tu kolejny absurd, Na przyjazd osoby z sanepidu czeka się kilka dni. Przyjeżdża samochód, pan z sanepidu ubiera się przez 10 minut w kompletny strój, wchodzi do domu, robi krótki test i kolejne 10 minut zdejmuje ubranie przed samochodem, chowa je do worka w celu utylizacji. Może to my powinniśmy mocno zakapturzeni szalami wyjść na sekundę do okienka karetki, a przynajmniej ci, którzy mieszkają w domach jednorodzinnych i nie stwarzają zagrożenia na klatkach schodowych. Skróciłoby to czas oczekiwania i nie byłoby potrzeby wyrzucania kombinezonów, których nam tak bardzo brakuje.

A jak się Państwo czujecie?

WK - Bardzo dobrze. Na nasze szczęście mamy własną salkę treningową, trenujemy, pijemy witaminki, czosnek, herbatka z imbirem, wszystko dla zwiększenia naszej odporności. Nie nudzimy się, mamy wiele zajęć. Czas szybko mija i najważniejsze by ta przykra sytuacja na świecie jak najszybciej się ustabilizowała.

A jak z zakupami, czy nie macie problemu? Czy możemy w czymś pomóc?

WK - Z tym nie ma żadnego problemu. W promieniu 70 km od naszego zamieszkania jest około 300 ludzi którzy zaoferowali swoją pomoc. To jest bardzo miłe, dzwoni, pisze do nas tyle osób, pytają czy czegoś nam nie potrzeba. Mamy tu dużo rodziny, przyjaciół, już nie mówię o dwóch pokoleniach zawodników.

Pozdrawiamy wszystkie jednostki służb medycznych, panie ekspedientki, ludzi dobrej woli, wszystkich, którzy muszą dzisiaj pracować by ratować naszą gospodarkę. Życzymy dużo zdrowia. Jest to na pewno czas zadumy, test dla nas wszystkich.

Apelujemy też do wszystkich o wspomożenie polskiej gospodarki. W tym roku zostańmy wszyscy w naszym kraju, dajmy zarobić polskim przedsiębiorcom, którzy mimo przestojów muszą płacić wysokie opłaty, róbmy jak najwięcej zakupów w polskich sklepach.

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.