CHRIS WEIDMAN: CZY MISTRZ DA RADĘ WRÓCIĆ?

Na UFC Vegas 6 w co-main evencie Chris Weidman pokonał w słabym stylu słabego Omriego Akhmedova. Nie bez powodu podkreślam tu słowo "słabe", bo rozmowie po walce Weidman zaznaczył, że nie był to jego najlepszy występ, ale wraca szturmem do wagi średniej. O samej walce nie będę się rozpisywać, bo nie ma sensu. Pojedynek bez historii. Bardziej chciałbym się pochylić nad samym Chrisem oraz nad tym, czy rzeczywiście ma jeszcze szansę wrócić.

Do Chrisa mam ogromny sentyment. Jego "prime" przypadł na czasy, kiedy zacząłem oglądać MMA trochę bardziej świadomie. Nie twierdzę bynajmniej, że w sposób analityczny, bo ciężko analizować cokolwiek w wieku 15 lat. Zacząłem po prostu trochę dokładniej zwracać uwagę na to co się dzieje w pojedynku, zamiast tylko ekscytować się akcjami kończącymi walkę. Wtedy, w okolicach roku 2013, Chris wydawał się zawodnikiem kompletnym, wręcz idealnym.

W Weidmanie do początku widziano potencjał. Najlepiej o tym świadczy fakt, że na debiut nie dostał innego debiutanta, tylko "Legionistę" Alessio Sakare. Zawodnika, który miał wtedy 11 walk w UFC. I w tamtym momencie Alessio nie wychodził do Weidmana, po jakiejś serii porażek na walkę o być albo nie być w organizacji. Tylko po serii trzech zwycięstw z rzędu. Taka sytuacja nie zdarza się codziennie. Weidman wygrał i przywitał się z UFC w pięknym stylu. Potem było już tylko lepiej. Wygrane przed czasem z Bongfeldtem i Lawlorem, decyzja z świetnym parterowcem Maią i w końcu eliminator do walki o pas. Z Markiem Munozem będący w tamtym momencie, jednym z najlepszych zawodników w wadze średniej. Munoz był tak dobrym zapaśnikiem, że pomagał innym zawodnikom przygotowywać się do walk. Pomimo, że od tej walki minęło już osiem lat dalej pamiętam ten nokaut. Cóż to był za łokieć. A nie miałem się ekscytować tylko nokautami. Po tej walce stało się coś co nie miało prawa się stać.

Walka z Andersonem Silvą. Brazylijczyk był w tamtym okresie postrzegany jako “nadzawodnik”. I nie ma się co temu dziwić. Szesnaście wygranych z rzędu w UFC musi robić wrażenie. Nikt nie wierzył w to, że ktokolwiek może go pokonać. Bo jak można pokonać kogoś kto jest najlepszy na świecie w tym sporcie. Kogoś, kto nie tylko wygrywa swoje walki, ale bawi się ze swoimi przeciwnikami. Mimo, że potrafią nimi być mistrzowie innych kategorii. W tamtym okresie trzy rzeczy były pewne na świecie: śmierć, podatki i to, że Silva jest nie do pokonania. Także nie ma się co dziwić, że Weidman wychodził do tej walki będąc sporym underdogiem. A jednak się udało. Nokaut na Silvie. Ta walka to był punkt przełomowy w historii całego światowego MMA. Zakończyła się pewna era - era brazylijskiego króla. Wiele osób twierdziło, a i pewnie nadal twierdzi, że Silva na własne życzenie przegrał tę walkę. Oczywiście opuszczone ręce, lekceważenie ciosów przeciwnika z pewnością mu nie pomagały, ale Silva tak walczył. I skoro w szesnastu poprzednich walkach to się sprawdzało to czemu i tym razem miałoby się nie udać. No i się nie udało. Moim zdaniem nie ma co usprawiedliwiać Silvy. Weidman był w obu walkach po prostu lepszy. Brazylijczyk miał w momencie walki z Chrisem 38 lat, więc jego era tak czy siak musiała się zakończyć, szczególnie, że po niej przegrywał już praktycznie wszystko co się dało.

Także Chris został mistrzem UFC. I po kolejnych obronach z kolejnymi brazylijskimi legendami MMA wydawało się, że zostanie na tronie przez długie lata. Umarł król, niech żyje król. A jednak coś się popsuło.

Od początku każdy wiedział, że pojedynek z Luke'em Rockholdem nie będzie należał do najłatwiejszych. W końcu Rockhold wchodził do oktagonu po pięciu wygranych z rzędu oraz jako były mistrz drugiej największej organizacji MMA na świecie-Strikeforce. Tylko co z tego, skoro stawał naprzeciwko gościa, który dwukrotnie pokonał Andersona Silvę, przez wielu koronowanego na jego następcę. Jednak ta walka była dla Chrisa prawdziwą rzeźnią. Pojedynek do jednej bramki. Rockhold praktycznie trzykrotnie przewyższał Weidmana pod względem liczby znaczących ciosów. Rockhold dał Chrisowi tak brutalną lekcję MMA, że aż ciężko było uwierzyć, że mistrz może zostać aż tak zdominowany.

Wydaje mi się, że to był moment przełomowy w jego karierze. Niepokonany dotąd Chris zaczął przegrywać praktycznie wszystko co się da. Najpierw walka z Yoelem Romero. Weidman w tej walce, był cieniem mistrza. Tylko jedno udane wprowadzenie na osiem prób, tylko to potwierdza. No i przegrał przez nokaut, który można znaleźć w każdych highlights’ach UFC. Potem kontrowersyjna przegrana z Gegardem Mousasim, do dzisiaj ludzie zastanawiają się czy Chris miał przy tym kolanie ręce na ziemi, czy jednak było całkowicie legalne. I o ile udało mu się odbić od dna w walce z Kelvinem Gastelumem to po nim przyszedł kolejny brutalny nokaut od Ronaldo Souzy. Co Weidman mógł zrobić w takim momencie? Gdy widzi, że sobie nie radzi. A no tak! Można zmienić kategorię wagową. I dostać kolejny nokaut tylko, że tym razem w pierwszej rundzie. Decyzja tak samo udana jak w przypadku Rockholda.

Oczywiście to nie tak, że Rockhold nagle stał się jakimś ogórkiem do bicia. Jak przegrywał to z czołówką i się w niej utrzymywał. Tylko jak już wspominałem nokaut od Rockholda, tak na niego wpłynął, że od tego momentu stał się innym zawodnikiem. Nie wiem , czy to przez to, że stracił swoją pewność siebie. Dotąd niepokonany tak brutalnie zderzył się ze ścianą, że mógł już się z tego nie podnieść. Może właśnie przez to w jego sposobie walki pojawił się strach, tak jakby nie był pewny tego co chce akurat zrobić. Szczególnie, że w następnych walkach pojawiły się kolejne i kolejne nokauty. Może to wpłynąć na zawodnika, którego ludzie już koronowali na długoletniego mistrza.

Kolejną teorią dlaczego losy Weidmana potoczyły się w ten sposób, jest ta przypadłość, że często zawodnicy niepokonani nie potrafią wrócić, gdy spotka ich pierwsza porażka. Prawdziwego człowieka ocenia się nie na podstawie porażek, tylko na podstawie tego czy dał radę się z nich podnieść. Może brzmi to jak typowe zdanie wypowiadane przez trenerów rozwoju osobistego, ale jest w tym dużo prawdy. Szczególnie w sportach indywidualnych, jakim jest między innymi MMA.

Chris Weidman twierdzi, że wraca i idzie po pas. Oczywiście, może tak twierdzić. MMA jest pełne niespodzianek. Zresztą on sam sprawił jedną z największych w historii. Tylko wtedy miał ku temu warunki, w tym sensie, że Silva był już wiekowy. Teraz, jestem przekonany, że Weidman nie pokonałby aktualnego mistrza, a nawet kogokolwiek z czołówki. Czy on naprawdę dostał za mało nokautów, że chce dalej próbować swoich sił w jednej z lepiej obstawionych kategorii? Panie Weidman, chyba szkoda trochę zdrowia.

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.