PANIE CORMIER. DZIĘKUJEMY!

Maciej Konc, Informacja własna

2020-08-19

Nic na świecie nie jest wieczne. No może poza diamentami. Tylko, że zamiast błyskotek, bardziej interesowały mnie w miniony weekend błyski ciosów w klatce, których niestety w walce wieczoru brakowało. Oczywiście, w karcie wstępnej było też parę ciekawych pojedynków, jednak nie ma co się oszukiwać, cała gala była nastawiona na main event. I można było czuć się trochę zawiedziony, ponieważ:
(*) raz- walka nie była porywające
(*) dwa (co najsmutniejsze) - Daniel Cormier zakończył karierę.

Podczas UFC 252 została zamknięta jedna z najlepszych, o ile nie najlepsza, trylogia w historii MMA. Stipe Miocic vs Daniel Cormier, pojedynek anonsowany jako ten, który wyłoni najlepszego ciężkiego w historii. Dla mnie to było trochę nad wyraz. Oczywiście wiadomo, że chodzi tu o marketing. Łatwiej przyciągnąć uwagę widza, gdy ma obejrzeć pojedynek o tytuł NAJLEPSZEGO CIĘŻKIEGO W HISTORII, niż po prostu jakieś zakończenie trylogii. Najlepszy ciężki w historii, a przynajmniej w historii UFC, bo można się tutaj kłócić o legendarnego Fedora Emelianenko, był już znany-Stipe Miocic. I ja przynajmniej nie mam w tym przypadku żadnych wątpliwości. Mierzył się on ze ścisłą czołówką wagi ciężkiej. Jak z będącym w momencie pojedynku w świetnej formie Andrei Arlovski, zdobywając pas z Fabricio Werdumem czy powstrzymując, zawodnika, który wydawał się nie do zatrzymania - Francisa Ngannou. I po nich wszystkich po prostu się przejeżdżał.

Oczywiście w żadnym stopniu nie umniejsza umiejętności Cormiera. To jeden z moich ulubionych zawodników, ktoś kto wniósł do tego sportu zapasy na kompletnie innym poziomie. Tylko nie można o nim mówić w kontekście najlepszego ciężkiego w historii, skoro lwią część swojej kariery spędził kategorię niżej. I tam też święcił swoje największe sukcesy.

Cormier zaczynał swoją przygodę w MMA od kategorii ciężkiej. Tylko było to głównie spowodowane względami zdrowotnymi. I rzeczywiście trzeba przyznać, że trochę w tej królewskiej kategorii wagowej osiągnął. Wygrał bardzo mocno obsadzony turniej nieistniejącej już organizacji Strikeforce, wchodząc do niego na zastępstwo. Ojj kto wtedy obstawił u buka na zwycięstwo Cormiera, z pewnością nie był zawiedziony. Potem przyszedł czas na UFC. Zwycięstwa z Mirem i Nelsonem w ciężkiej i bum zmiana kategorii wagowej na aż 9 pojedynków.

To właśnie w półciężkiej odbywały się jego wielkie walki z Anthonym Johnsonem. To aż zadziwiające, że pojedynku z "Rumble", którego w tamtym momencie można było spokojnie nazywać bestią, były aż tak jednostronne. To tam Cormier pokonywał będącego w swoim prime Alexandra Gustafssona czy dawał kapitalne pojedynki z Jonem Jonesem, z którym też można było zawalczyć trzeci raz, by stworzyć trylogię.

Oczywiście, znajdą się osoby, które powiedzą: "łee no ale jak to, przecież on pokonał Miocica to znaczy, że jest od niego lepszy, a że ten jest najlepszy to Cormier jest najnajlepszy". Nie, to tak nie działa. To tak jakbyśmy mieli koronować Jamesa Douglasa na najlepszego zawodnika wagi ciężkiej w historii boksu, bo wielu za takowego uważa Tysona, a on go pokonał. Takich przykładów można podać jeszcze milion. Gdy chcemy mianować kogoś najlepszym zawodnikiem w historii, nie możemy patrzeć przez pryzmat jednego pojedynku, tylko trzeba brać pod uwagę całą sportową karierę. Z kim i w jakim momencie wygrywał. I jeśli patrzymy na to w ten sposób to bezsprzecznie lepszy jest Miocic. Najlepszy zawodnik wagi ciężkiej w historii.

Co do samej walki to jakoś super emocji mi nie dostarczyła. Cormier dostał sporo po głowie i przez całą walkę udało mu się urwać jedną rundę. Szczerze, nie spodziewałem się, że ten pojedynek będzie wyglądać w ten sposób. Ich poprzednie starcia wyglądały zupełnie inaczej. Pierwszy pojedynek wygrał Daniel przez nokaut, szokując świat i zostając w ten sposób podwójnym mistrzem UFC. Drugą z kolei Daniel przegrał przez nokaut, chociaż, może zabrzmieć to dziwnie, nie został w tej walce zdominowany. Walka do momentu ciosu kończącego toczyła się pod jego dyktando. To, że Miocic wygrał w ich trzecim pojedynku cztery rundy nie oznacza, że był to pokaz jego umiejętności. Stipe zawalczył bardzo zachowawczo, może mając z tyłu głowy fakt poprzedniego nokautu z rąk Daniela. Jednak miewał lepsze pojedynki, sam fakt jego pracy nóg, które są przecież jego wizytówką w tym pojedynku pozostawiał wiele do życzenia. Niestety walka, która była ogłaszana jako pojedynek, który miał wyłonić najlepszego zawodnika w kategorii ciężkiej, potoczył się w ten sposób. Jeśli porównamy sobie to do walk Caina Velasqueza z Dos Santosem to mamy niebo a ziemię pod względem emocji.

Szkoda, że Cormier w ten sposób żegna się z UFC. Schodzi po dwóch porażkach w nie najlepszym stylu, a fakt, że najlepiej pamięta się zawodnika z jego ostatnich pojedynków nie jest dla niego łaskawy. Mógł zakończyć karierę po wygranej nad Lewisem, obroniłby pas i zszedł z oktagonu w laurach. A przez ostatnie walki, a tym bardziej zachowanie po nich wiele osób nie będzie wspominać go z sentymentem, a wręcz będą mówili o nim w negatywnym kontekście.

Chodzi głównie o włożenie palców w oko przez Miocica. Trzeba przyznać, że faktycznie miało to miejsce i mogło mieć niemały wpływ na przebieg pojedynku. Cormier traktuje to jako jeden z głównych powodów, dlaczego walka wyglądała tak, a nie inaczej. Tylko zapomina, że sam nie był święty w poprzednich pojedynkach. Oczywiście, nie jestem w tym przypadku zwolennikiem zasady ząb za ząb, ponieważ takie zachowania powinno się obowiązkowo karać z osobna i nie traktować tego na zasadzie: skoro on mógł to ja też. No, ale świat niestety tak nie wygląda, dlatego rozumiem wypowiedzi ludzi, którzy popierają Miocica. A fakt nie podziekowania Daniela po walce, nie przybicia chociaż piątki pozostawię bez komentarza. Szkoda, że uczestnikami takich zdarzeń są mistrzowie, którzy powinni świecić przykładem.

Mimo wszystko lepiej pamiętać Cormiera z jego wielkich pojedynków, bo takich miał całe multum. Wiele lat wspaniałej kariery, pokazanie, że mimo braku warunków fizycznych można utrzymywać się w topie, zostanie mistrzem dwóch najcięższych kategorii wagowych sprawiają, że jest on obowiązkowym przyszłym nazwiskiem w Hall of Fame. Panie Cormier, dziękujemy!