PAULO COSTA: ANALIZA PRZED UFC 253

Maciej Konc, Informacja własna

2020-09-15

Zazwyczaj tematy tych artykułów oscylowały wokół gal już minionych lub zawodników, którzy walczyli w ostatnich tygodniach. Może za wyjątkiem tego o walce Jana Błachowicza z Dominiciem Reyesem, ale dlaczego powstał tamten tekst tłumaczyć nikomu nie muszę. Gdy doszła do mnie wiadomość, że Janek dostanie szansę na zdobycie mistrzowskiego pasa, odkryłem, że jest jeszcze we mnie na dziecięca cząstka, która potrafi całym sobą cieszyć się na jakieś wydarzenie. Jak na te święta. Tylko jest taka mała różnica. Pojedynkiem cieszyńskiego księcia tak bardzo się jaramy, bo to nasz polak-rodak. Koszula bliższa ciału i każdy z nas sobie życzy, żeby był to historyczny wieczór w historii polskiego MMA. Tylko właśnie polskiego MMA. Oczywiście, nie umniejsza osiągnięciom Błachowicza. Każda walka mistrzowska wzbudza emocje, w końcu, w założeniu, powinno stanąć naprzeciwko siebie dwóch najlepszych zawodników z danej kategori. Tylko tego wieczoru, co zresztą widać po materiałach promocyjnych, lwia część publiki, będzie z troszkę większym zainteresowaniem wyczekiwać main eventu. Czyli pojedynku Paulo Costa vs Israel Adesanya.

Moim zdaniem to dwaj najlepsi średni na ten moment w UFC. Oczywiście w rankingu jest jeszcze Robert Whittaker, ale mam wrażenie, że Costa jest od niego po prostu lepszy. Nie będę oceniać czy pokonałby go w bezpośrednim pojedynku, bo to trochę wróżenie z fusów. Costa vs Adesanya to zestawienie praktycznie idealne. Mamy dwa kompletnie różne style, które już zostały zweryfikowane. Mamy pewność, że walka, będzie odbywała się głównie w stójce. Mamy dwóch niepokonanych zawodników, z których każdy ma przeświadczenie, że jego rekord pozostanie nieskazitelny.

To jeden z najważniejszych pojedynków w roku. Zaraz obok DC vs Miocic, Nurma vs Gaethje oraz Błachowicz vs Reyes. A z racji tego w jaki sposób panowie walczą oraz jaki mają stosunek do siebie, mam wrażenie, że może stworzyć się z tego nawet seria pojedynków, do których będzie się z przyjemnością wracać. Dobra, ale wizję przyszłości odkładamy na razie na bok. W tym i następnym tygodniu zrobimy sobie analizę bohaterów walki wieczoru gali UFC 253. Na pierwszy ogień leci Paulo Costa. Zaczynamy.

Kariera

Costa zadebiutował na zawodowym ringu w 2012 r. Pierwsze 8 pojedynków, jeszcze przed debiutem w UFC, zakończył w pierwszej rundzie. Miał też krótki epizod w trzecim sezonie The Ultimate Fightera, ale tamta przygoda dość szybko się zakończyła. Jeśli zawodnik ma siedem nokautów w swoich pierwszych ośmiu pojedynkach to musi trafić do największej organizacji MMA na świecie. I tak się stało w 2017 r., przeciwko dobrze znany polskim fanom Garethowi Mclellanowi.

Co tu dużo mówić. Pojedynek do jednej bramki. Nokaut w drugiej minucie pierwszej rundy po totalnej dominacji. Już wtedy było widać, że ten zawodnik ma coś w sobie. Nawet nie chodzi o styl walki, tylko o pewność siebie w klatce. Debiut w największej organizacji MMA, przed dużą publicznością a i tak od razu zaznaczył, że to jest jego miejsce, że oktagon to jego drugi dom. Od razu zajął środek oktagonu nie dając Garethowi nawet możliwości próby zadania ciosu.

Następnym zawodnikiem na przeciwko, któremu stanął Costa był "The Holy War Angle" (świetny pseudonim) Oluwale Bamgbose. Zawodnik bardzo nieprzyjemny stylistycznie. Może nie w ten sposób, że np. ciągle dociskał do siatki czy był śliski w obronie, tylko walczył w sposób tak chaotyczny i tak eksplozywny, że ciężko było toczyć z nim pojedynek na swoich warunkach. To pierwsza walka w karierze Costy, kiedy musiał wyjść do drugiej rundy. I o ile na początku Oluwale czymś tam jeszcze trafiał, próbował jakiś obaleń to potem była już kompletna dominacja ze strony Paula. Te ciosy na korpus to pewnie do dzisiaj anioł odczuwa.

Po tych dwóch stosunkowo łatwych walkach przyszedł czas na pierwszy poważny sprawdzian- były mistrz kategorii półśredniej Johnny Hendricks. To było jak walka profesora z uczniem. Costa się po nim tak przejechał, że aż smutno było patrzeć. Oczywiście, Hendricks przed tym pojedynkiem przegrał cztery z pięciu ostatnich walk, ale przegrał z samymi znanymi zawodnikami i nie zapominajmy, że chłop walczył w UFC od 2009r. i miał już na sobie pas mistrzowski. Można też brać pod uwagę jego perypetie z wagą, że kategoria średnia nie była dla niego. Trzeba przyznać, że Costa wyglądał przy nim jak zawodnik cięższy o dwie kategorie. Tylko wszystkie te argumenty nie zmieniają tego co zrobił Paulo w tej walce. Bo wydaje mi się, że gdyby Johnny był wtedy może lepiej przygotowany, walka wyglądałaby dokładnie w ten sam sposób. Po prostu nie miał nic do powiedzenia.

Przyszedł czas na Uriah "Primetime" Halla. No on to swój primetime miał trzy lata przed walką z Costą. Ta walka tylko utwierdziła w przekonaniu jak bardzo niebezpieczny jest Paulo. Najmocniejsza broń Halla, czyli kopnięcia obrotowe, nie robiły na nim najmniejszego wrażenia. Po prostu je przyjmował i szedł dalej. Już w trakcie pojedynku można było odczytać z wyrazu twarzy Halla: "a mogłem odpuścić i zostać w domu". No i mógł zostać. KO w drugiej rundzie.

No i przyszedł moment na największy sprawdzian w jego karierze- Yoel Romero. Wygrana przez decyzję po ciężkim pojedynku. Costa dał radę wybronić sprowadzenia, przetrzymał ciosy gdy poleciał na deski. Zrobił dosłownie wszystko by uświadomić każdego, że jest naturalnym pretendentem do pasa wagi średniej UFC. A jeśli ktoś twierdzi, no tak, ale Romero przegrywał też z Whittakerem i Adesanya, to trzeba wziąć pod uwagę, że wtedy Romero był drugi w rankingu a Costa siódmy. Jestem ciekaw czy teraz Brunson wygrałby z numerem drugim, czyli Paulo.

Styl walki

Brutalna siła. To chyba najlepiej opisuje jak walczy Costa . Pozycja podobna do Shoguna i ciągła presja. Od początku pojedynku zajmuje środek oktagonu, by stopniowo wyniszczać rywala. Wystarczy, że zostanie na siatce i po zawodach. Tylko jest ten problem, że nawet jak przeciwnik chce mu się przeciwstawić i zaczyna atakować, dla Costy jest to tylko woda na młyn. Doskonale czuje się w wymianach, w których zazwyczaj wychodzi zwycięsko. Bo w Coście jest coś takiego, że w jego wzroku, w jego postawie, czy w jego każdej akcji ma się wrażenie, że on po prostu chce urwać przeciwnikowi głowę. I to razem z kręgosłupem. Widać, że ten człowiek jest wręcz stworzony do oktagonu i do tego by być mistrzem.

Co do samego stylu. Nie ma jakiś wyszukanych technik. To jest prostota. Tylko w najlepszym wykonaniu. Ciosy proste, sierpy i zabójcę, ale to zabójcze ciosy na korpus. Nie aż tak często używane przez innych zawodników. Zazwyczaj to wygląda tak, że Costa spycha pod siatkę swojego przeciwnika i tam wyprowadza cały swój arsenał ciosów. Dokłada do tego perfekcyjne kopnięcia i mamy zawodnika kompletnego. I przede wszystkim zabójczo skutecznego.

To też nie jest tak, że Costa walczy w sposób "amatorski", że powtarza te same schematyczne akcje. Robi dużo przyruchów, cały czas myśląc przeciwnika, z której strony teraz odpali bombę. Szczególne, gdy po pierwszych uderzeniach przeciwnicy zdadzą sobie sprawę z jaką siłą przychodzi im się mierzyć. Z siłą i presją, bo tą Costa cały czas wywiera, nie dając ani chwili odpoczynku, ani chwili, żeby zastanowili się co dalej. Idealny przykład tzw. instynktu zabójcy.

Co do obrony. Tutaj chyba należy szukać największego mankamentu Paula. Bo głównie chowa się on za podwójną gardą. I o ile często bardzo mu to pomaga, bo może od razu z tej pozycji kontrować o tyle czasem, trochę źle wszystko obliczy i zbiera. Tylko taki jest właśnie jego styl. Iść do przodu, nawet kosztem przyjmowania, ale iść. I w końcu trafić. Obrona zapaśnicza też sprawdzona, chociaż w walce z Adesanyą nie powinna być potrzebna.

Za tydzień wlatuje Israel.