WRÓCIŁ STARY, DOBRY, A NAWET LEPSZY TYBUR

Droga, którą w UFC podąża Marcin Tybura, nie zawsze usłana była różami. Były wzloty, były upadki, a nawet w przypadku ostatnich zwycięstw, czegoś po prostu brakowało. To, co Polak pokazał w ubiegłą sobotę w oktagonie w starciu z Benem Rothwellem, początkowo z wrażenia odebrało mowę, a następnie na usta nasunęło jedno pytanie – Marcin, gdzie byłeś, jak cię nie było?!

To, że Marcin Tybura jest jednym z najlepszych ciężkich w historii polskiego MMA, nie ulega wątpliwości. Tybur zawodową karierę rozpoczynał w 2011 roku. Po sześciu kolejnych zwycięstwach na lokalnych galach, wystartował w Grand Prix wagi ciężkiej jednej z czołowych europejskich organizacji – M-1 Global. Polak w dominującym stylu odprawił w nim wszystkich rywali, zostawiając na przegranym polu m.in. dobrze znanego wśród polskich fanów Konstantina Gluhova i zwyciężył cały, solidnie obsadzony turniej.

Polsko-polskie starcie na szczycie

Podczas gali M-1 Challenge 50 Tybura zmierzył się w walce wieczoru z Damianem Grabowskim, a stawką tego pojedynku był pas mistrzowski rosyjskiej organizacji. Uniejowianin w niespełna półtorej minuty duszeniem północ-południe pozbawił przytomności, będącego w tamtych latach w życiowej formie Grabowskiego i tym samym wywalczył tytuł mistrzowski M-1 Global. Polakowi zanim zmienił pracodawcę, jeszcze dwukrotnie udało się obronić pas, w międzyczasie zaliczając delikatną wpadkę w super fightcie z mistrzem wagi półciężkiej Stephanem Puetzem. Po dwóch, pełnych sukcesów latach spędzonych w M-1, przyszedł czas na podbój UFC.

Ups & downs

W amerykańskiej organizacji, Tybura walczył ze zmiennym szczęściem – zaczął od porażki decyzją z Timothym Johnsonem, następnie trzy pojedynki z rzędu wygrał, pokonując m.in. legendę mieszanych sztuk walki, byłego mistrza UFC – Andreia Arlovskiegio. W kolejnej walce, na dystansie pięciu rund, Tybur musiał uznać wyższość Fabricio Werduma, ale biorąc pod uwagę postawę Marcina w tamtym starciu i kaliber rywala, z którym przyszło mu się mierzyć, nie był to powód do wstydu. Również w przegranej przez nokaut walce z Derrickiem Lewisem, Polak radził sobie dość dobrze, ale w trzeciej rundzie boleśnie przekonał się o tym, że moment nieuwagi i stracenie Czarnej Bestii z pola widzenia, kończy się zazwyczaj w taki sam sposób, niezależnie od tego, kto stoi naprzeciwko Amerykanina w oktagonie. Tybur powrócił na zwycięskie tory, pokonując na pełnym dystansie Stefana Struve’a, i fakt zwycięzców się nie ocenia i lepiej brzydko wygrać, niż ładnie przegrać, ale tamto starcie, nie ma co się oszukiwać, mówiąc delikatnie nie porwało.

Coś się… coś się popsuło

Rok 2019 był zdecydowanie najgorszym w zawodowej karierze Marcina. Najpierw, w kwietniu na gali w Rosji, został zastopowany ciosami przez Shamila Abdurakhimova. Nie byłoby w tym jednak nic dziwnego, wszak Rosjanin to bardzo solidny uderzacz, gdyby nie fakt, że Tybura do tego pojedynku wyszedł kompletnie bez pomysłu. Bo nikt, mający choćby elementarne pojęcie o MMA, nie uwierzy w to, że Tybura, posiadający czarny pas w BJJ i dysponujący dobrymi zapasami przy siatce, wiedząc, że słabą stroną Abdurakhimova jest właśnie parter, miał w planie wymieniać z nim ciosy. Również w starciu z Augusto Sakaim, który potrzebował zaledwie minuty, by znokautować Tyburę, dało się zauważyć, że Polak wyglądał po prostu źle.

Nieważne jak, byle do przodu

2020 od początku nas nie rozpieszcza i w panującej obecnie na świecie sytuacji, bardzo trudno doszukiwać się jakichkolwiek pozytywów, natomiast jednym z tych, który dostrzega ich więcej, aniżeli statystyczny Kowalski, z pewnością jest Marcin Tybura. Polak rozpoczął bieżący rok od przerwania złej passy i pokonując na gali UFC on ESPN+ 27 Sergeia Spivaka, powrócił na zwycięski szlak. Na lipcowej gali w Abu Dhabi, Tybur dopisał do rekordu kolejne zwycięstwo, dominując na przestrzeni trzech rund, wyraźnie słabszego Maxima Grishina. Styl, w którym Tybura pokonywał zarówno Spivaka, jak i Grishina, był mówiąc krótko – mało efektowny, ale efektywny. Kto by się więc spodziewał, że nadchodzi Tybur 2.0?!

Oh, you’re a boxer now?

Nieustanna praca na nogach, świetny balans tułowiem, bardzo dobry cios prosty, widowiskowe kombinacje i niekończące się, mimo ciągłej pracy na mocnych obrotach, paliwo w baku. Cóż to był za występ. Takiego Marcina Tybury do tej pory jeszcze nie widzieliśmy. O tym, że Tybur ma świetny parter, wiedział każdy, o tym, że potrafi znokautować kopnięciem również, ale umiejętności bokserskie i to połączenie oktagonowej inteligencji z brawurą, które zaprezentował w walce z niebezpiecznym Benem Rothwellem, zasługują na owację na stojące i posypanie sobie głowy popiołem przez tych, którzy zdążyli już skreślić Marcina. Parafrazując Andrzeja Janisza – „kto następny?”.

Oczywiście faktem jest, że Rothwell najlepsze lata ma już za sobą, ale mimo wszystko to nadal bardzo niebezpieczny rywal dla każdego zawodnika. Poza tym Amerykanin w tej walce wyglądał naprawdę dobrze, co tylko dodaje splendoru występowi polskiego fightera. Tybura świetnie poradził z sobie z presją Rothwella w pierwszej rundzie i od drugiej rundy zaczął rozdawać karty w tym starciu. Wisienką na torcie była akcja, którą Polak wykonał pod koniec pojedynku. Najpierw Tybur zapędził rywala pod siatkę, a tam po prawym podbródkowym, idealnie w tempo znurkował w jego nogi i zaliczył udane sprowadzenie, po którym do zakończenia walki częstował Amerykanina mocnymi łokciami w parterze. CHAPEAU BAS!

Po zwycięstwie nad Benem Rothwellem, Tybura ponownie zameldował się w czołowej „piętnastce” dywizji ciężkiej w UFC i wszyscy, z jeszcze większym zaciekawieniem wyczekiwać będziemy informacji o kolejnym starciu Polaka.

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.