WYBITNI ZAWODNICY, KTÓRZY KARIERĘ W UFC ZACZĘLI OD PORAŻKI

Gdy dostajesz angaż w UFC, od początku oczekuje się, że wejdziesz do federacji razem z drzwiami. Z debiutem jest jak to ogólnie bywa w życiu, ważne jest dobre pierwsze wrażenie. Jednak wielu zawodników potyka się już na pierwszej przeszkodzie. Taka wpadka spotkała ostatnio choćby Mateusza Gamrota. Reakcje na taki cios są różne. Jedni albo w ogóle się już nie podnoszą, albo podnoszą na chwilę, ale drudzy mimo falstartu potrafią pozbierać się do kupy i zrobić imponującą karierę mimo to. Oto kilku bardzo uznanych dziś zawodników, którzy przegrali swoje pierwsze walki w UFC.

Rafael Dos Anjos (29-13)

Dos Anjosa nikomu przedstawiać nie trzeba. Były mistrz UFC w wadze lekkiej (zdobył pas w marcu 2015 roku w starciu z Anthonym Pettisem), który dla amerykańskiej federacji w listopadzie tego roku stoczy walkę nr 30. W swojej karierze nokautował m.in. Donalda Cerrone, czy Bensona Hendersona, dusił Neila Magny’ego oraz wypunktowywał choćby Robbie’go Lawlera i Nate’a Diaza. Ostatnio wojował w półśredniej, gdzie radził sobie przeciętnie, bo na 5 ostatnich walk przegrał 4 (chociaż wojował z Covingtonem, Usmanem, czy Edwardsem). Patrząc na to, że jego następnym rywalem będzie niesamowicie rozpędzony Islam Makachev, to mimo powrotu do lekkiej, może być trudno o poprawę bilansu. „RDA” przegrał natomiast swoją pierwszą walkę w UFC. Było to już 12 lat temu na gali UFC 91, w której main evencie zawalczyli Brock Lesnar i Randy Couture. Trzeba jednak Dos Anjosowi oddać, że jego pogromca to też nie byle kto, bo Jeremy Stephens, który ubił go wówczas w trzeciej rundzie. Co ciekawe, drugą walkę w Stanach „RDA” też przegrał (ze znacznie mniej później znanym Tysonem Griffinem) i dopiero za trzecim podejściem rozpoczął swój marsz ku wielkości. A skoro o Jeremym Stephensie wspomniałem…

Jeremy Stephens (28-18)

Amerykanin walczy w UFC jeszcze dłużej niż Dos Anjos. Stephens w przeciwieństwie do Brazylijczyka nigdy nie zdobył tytułu mistrzowskiego, mimo iż ilość jego walk w organizacji jest podobna. Jednak Jeremiemu zawsze brakowało tego czynnika, który oddziela zawodników najwyższej klasy, od tych po prostu bardzo dobrych. Najważniejsze walki przegrywał, choćby z Anthonym Pettisem, Maxem Hollowayem, czy Frankiem Edgarem. Na rozkładzie ma za to Renana Barao, czy wspomnianego Dos Anjosa. Debiutował w naju 2007 roku, na gali UFC 71, na której Rampage Jackson odebrał pas mistrzowski wagi półciężkiej Chuckowi Lidellowi. Stephensa za to udusił wówczas w drugiej rundzie niejaki Din Thomas. Nic nikomu to nie mówi? Niespecjalnie powinno, bo może i Amerykanin poza pokonaniem debiutującego Stephensa, z głośnych nazwisk na rozkładzie ma jeszcze Claya Guidę i Matta Serrę. Ale nic za bardzo nigdy z tego nie wynikło, bo w UFC skończył z rekordem 5-4, a ostatnią walkę w karierze stoczył w 2013 roku gdzieś w Teksasie, dla federacji Legacy FC, która od 2016 roku nie istnieje.

Chael Sonnen (31-17-1)

„Anderson Silva, you absolutely suck”. Autor tych słów również ląduje na liście. Sonnen miał nieco pecha, bo jego prime przypadł na okres, gdy kategorią średnią rządził niepodzielnie Anderson Silva. Jednak jak pamiętamy to on dał Silvie najtrudniejszą walkę w karierze, będąc najbliżej pokonania go do czasu gdy Brazylijczyka znokautował Chris Weidman. To że był wtedy na dopingu, a w rewanżu Silva rozwalił go w niecałe dwie rundy to inna sprawa. Co się zapisał w historii to jego. Ze zwycięskich walk, w pokonanym polu pozostawiał choćby Michaela Bispinga, Briana Stanna, czy już później w Bellatorze Quintona Jacksona i Wanderleia Silvę. Debiut z kolei przegrał w UFC w wadze półciężkiej i to dość koncertowo. Choć rywala miał nie byle jakiego, bo Renato „Babalu” Sobral był już wtedy bardzo uznanym zawodnikiem, który walczył choćby z Fedorem Emelianenką. Ich walka miała miejsce w 2005 roku na UFC 55. Co ciekawe ich pojedynek był rewanżem. Sonnen na wcześniejszym etapie kariery pokonał już Sobrala (debiutował z bilansem 15-6-1), ale ich drugie starcie padło łupem Brazylijczyka, który udusił Sonnena trójkątem w drugiej rundzie.

Matt Serra (11-7)

Tego zawodnika na liście najlepszych w historii na pewno nie znajdziemy, ale byłego mistrza wagi półśredniej, a zarazem jednego z dwóch ludzi, którzy pokonali George’a St Pierre’a zabraknąć tu nie mogło. Zanim jednak dokonał czegoś, czego teoretycznie nie miał szans zrobić, Serra całkiem spore doświadczenie w UFC już miał. Wygrał czwarty sezon The Ultimate Fighter, wojował z BJ Pennem i… przegrał w debiucie. Dalej niż to się w tym artykule już nie cofniemy, bo był to rok 2001. Gala UFC 31, w której main evencie Randy Couture walczył o pas wagi ciężkiej z Pedro Rizzo, a o pas półśredniej, który lata później wywalczył Serra, walczyli Carlos Newton i Pat Miletich. Z kolei debiutowym pogromcą Serry był Amerykanin Shonie Carter, który znokautował go w trzeciej rundzie. W przeciwieństwie do swego rywala, on kariery w UFC później nie zrobił. Serra nawet mu się zrewanżował we wspomnianym czwartym sezonie TUF. Carter skończył walczyć trzy lata temu, po stoczeniu równo 90 walk (51-32-7).

Max Holloway (21-6)

Dobra czas powrócić nieco z odległych w świecie MMA czasów. Holloway jak wiadomo, w swojej karierze pokonywał chyba każdego znaczącego piórkowego jakiego tylko mógł. Charles Oliveira, Anthony Pettis, Jose Aldo (dwa razy), Frankie Egdar, Brian Ortega. Lista ciągnie się długo i dopiero Alexander Volkanovski był w stanie odebrać mu złoto, a potem jeszcze je obronić. Nie udało się Hollowayowi podbić wagi lekkiej, bo to w kwietniu 2019 roku z głowy wybił mu Dustin Poirier. To nie był zresztą jedyny raz gdy Max i „Diamond” spotkali się w oktagonie. Pierwsze ich starcie miało miejsce w 2012 roku i dla Hollowaya było debiutem w UFC, a zarazem dopiero piątą walką w karierze. Poirier doświadczenie miał już większe, gdyż legitymował się wówczas bilansem 11-1, a jednocześnie 3-0 dla UFC. Podobnie jak siedem lat później, „Diamond” okazał się wtedy lepszy od Hawajczyka, poddając go balachą. Co było dalej w przypadku obydwu panów, doskonale wiemy. Poirier do dzisiaj liczy się w rozgrywce mistrzowskiej w wadze lekkiej, a za niedługo stanie zapewne w szranki z Conorem McGregorem. Holloway z kolei nawet mimo dwóch porażek z Volkanovskim wciąż jest topowym piórkowym i ci, którzy będą chcieli dobrać się do mistrza, zapewne będą musieli również „porozmawiać” z Hawajczykiem.

Anthony Pettis (23-10)

Kolejny były mistrz wagi lekkiej, który przywitał się w UFC porażką. Pettisa wszyscy doskonale znamy przede wszystkim z okresu 2012-2015, gdy rozbijał każdego na swojej drodze, zdobywając złoto w walce z Bensonem Hendersonem na UFC 164. Odkąd „Showtime” utracił w 2015 roku swój tytuł na rzecz Rafaela Dos Anjosa, nie powrócił do swojej topowej formy, choć po dziś dzień walczy z czołówką, a ostatnio pokonał Donalda Cerrone. Pettis już pewnego poziomu teraz nie przeskoczy, ale wciąż może być wymagającym testem dla młodych talentów. Amerykanin ma 33 lata, ale w UFC debiutował już w 2011 roku, na gali Ultimate Fighter 13 Finale. Na tej samej gali trzynastą edycję TUF wygrał nie kto inny jak Tony Ferguson. Pettis, doświadczony już w walkach dla wchłoniętego w 2011 roku przez UFC World Extreme Cagefighting (WEC), został wypunktowany przez byłego mistrza Strikeforce Claya Guidę. Guida po tej walce dostał walkę o miano pretendenta do pasa z Bensonem Hendersonem, którą przegrał. Potem przeplatał zwycięstwa porażkami, m.in. z Charlesem Oliveirą czy Brianem Ortegą, a ostatnio w czerwcu tego roku przegrał decyzją z Bobbym Greenem.

Thiago „Marreta” Santos (21-7)

„Marreta” przez lata walczył w kategorii średniej. Bez większych sukcesów, ale kilka cennych skalpów zdobył, nokautując choćby Anthony’ego Smitha, czy Jacka Hermanssona. Dopiero potem poszedł do góry do półciężkiej, a co zrobił w Pradze i kogo tam w trzeciej rundzie znokautował, to już doskonale wiemy. Być może Błachowicz mu się zrewanżuje, od czego jest specem, jeśli Santos pokona na początku listopada Glovera Teixeirę i wywalczy prawo do starcia o pas. No chyba że Adesanya jednak zechce iść do góry, a wujo Dana załatwi mu walkę z Jankiem. Ale to już inna historia. Wracając do Santosa, w UFC debiutował już w 2013 roku, na gali UFC 163, na której Jose Aldo kontynuując swoją dominację  w piórkowej znokautował Koreańskiego Zombiaka. „Marreta” natomiast zaliczył falstart jakich mało, bo będący również dopiero w początkowej fazie kariery w UFC Cezar Ferreira udusił go gilotyną w 47 sekund. Pogromca Santosa w kategorii średniej zrobił podobną karierę co Thiago, z tym że on nie przeszedł później do półciężkiej, gdzie wywalczył sobie starcie o pas. Ostanie dwie walki Ferreira przegrał przez decyzje z Ianem Heinischem oraz Marvinem Vettorim, a w oktagonie próżno go było szukać od lipca 2019 roku.

Leon Edwards (18-3)

Na koniec człowiek, który w grudniu tego roku będzie miał za zadanie wykoleić „hype train” Khamzata Chimaeva. A to tylko dlatego, że za brak aktywności UFC na moment usunęło go z rankingu wagi półśredniej, gdzie dostał się już na 3. Miejsce. Tą pozycję wywalczył sobie serią 8 kolejnych zwycięstw, w tym m.in. z Rafaelem Dos Anjosem, Gunnarem Nelsonem, czy Donaldem Cerrone. Jak dotąd ma w UFC tylko dwie porażki. Z Kamaru Usmanem, jeszcze zanim obaj wdarli się do czołówki półśrednich na świecie oraz tą w debiucie z Brazylijczykiem Claudio Silvą. O Silvie wiedzieć warto tylko tyle, że po zwycięstwie, minimalnym bo przez niejednogłośną decyzję, z Edwardsem zniknął z UFC na 4 lata. Wrócił w 2018 roku, odniósł trzy kolejne zwycięstwa (z nikim zbyt znanym), ale od dostania się do czołówki niewiele ponad tydzień temu (UFC Fight Night: Ortega vs Korean Zombie) powstrzymał go James Krause.

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.