STARY WILK ROZDAŁ KARTY W WADZE PÓŁCIĘŻKIEJ

Nie wierzę w magię, jasnowidzów czy inne wróżki, ale jeśli jest człowiek, który jeszcze ze 2-3 lata temu przewidział, że pod koniec 2020 roku mistrzem UFC wagi półciężkiej będzie Jan Błachowicz, a pretendentem nr 1 Glover Teixeira, osobiście poszedłbym do niego po wróżbę. Mający 41 lat na karku Glover właśnie sprzątnął typa, który z Jonem Jonesem przegrał tylko niejednogłośną decyzją i wywalczył sobie pełne prawo do walki o pas. Jednocześnie dość wyraźnie sklaryfikował obecną sytuację w wadze półciężkiej. Przynajmniej wśród rzeczywistych półciężkich.

Patrząc na to kto aktualnie w kategorii do 93 kg w UFC wiedzie prym, można stwierdzić że jest tu trochę jak w polityce. Niby ci młodzi gniewni gdzieś tam są, ale na koniec i tak ci najbardziej doświadczeni gracze rozdają karty. Glover Teixeira owszem miał swoje argumenty, żeby Thiago Santosa pokonać. Przed walką można było zadać sporo pytań dotyczących „Marrety”. Jak zaprezentuje się po 16 miesiącach przerwy? Czy poważne kontuzje obu kolan zmienią jego styl walki i jak wpłyną na jego dyspozycję? No bo nie oszukujmy się, możesz być najtwardszym typem na świecie, ale coś takiego zawsze zostawi jakiś ślad, choćby w psychice. No chyba że wyjątkiem mógłby być Tony Ferguson, bo to jest typ gościa, którego mózg zapomniałby o tym urazie jakieś pięć minut po jego odniesieniu.

Wracając do tematu, czy kolana Santosa w jakikolwiek sposób zmieniły swój styl funkcjonowania w walce? Nie wiadomo, bo Thiago nie miał zbyt wielu okazji by jakoś efektywniej ich użyć, bo większość walki przeleżał po Gloverem, który dosłownie powycierał nim podłogę. Teixeira w tej walce pokazał pełnię swoich obecnych oktagonowych możliwości. Gdy starcie toczyło się w stójce, widzieliśmy dość ciapowatego, powolnego Glovera, który stosował czasami słynną taktykę a’la Artur Szpilka, czyli blokowanie ciosów głową. Ale przyznać mu trzeba, że to jest typ zawodnika „musisz zabić, aby pokonać”. Niezłomny charakter i naprawdę twarda szczęka jak na 41 lat, bo Santos już w pierwszej minucie walki trzepnął go kilkoma mocniejszymi, a Teixeira jak gdyby nigdy nic wziął go za nogi i sprowadził na ziemię A tam z kolei „Marreta” trafił do królestwa doświadczonego rodaka. Glover zapewne doskonale wie, że w stójce nie ma już za wiele do zaoferowania. Przywalić wciąż umie, ale szybkość i defensywa już nie te. Dlatego Santosa trzymał na dole i potwierdził, że kontrolować swoich rywali na dole potrafi jak mało kto. „Marreta” nie miał tak naprawdę żadnego sposobu na Teixeirę walcząc z dołu. Nie miał jak się wydostać, nie miał jak się przeciwstawić. Żeby Glover miał nieco więcej czasu w drugiej rundzie, Thiago odleciałby już wtedy, ale uratował go koniec rundy. Co się odwlekło, to jednak nie uciekło i Teixeira ostatecznie młodszego rodaka udusił. Można wręcz stwierdzić, że 41-latek „przetresował” w parterze swojego rywala. Co Glover chciał, to Santos zrobił. Chciał dostać plecy, Thiago oddał plecy. Chciał złapać szyję, Thiago nie postawił większego oporu. Klepanie było formalnością.

Co to wszystko oznacza dla aktualnej sytuacji w wadze półciężkiej? Jedna rzecz jest oczywista. Glover Teixeira jest w tej chwili pretendentem nr 1 i tylko Israel Adesanya może mu teraz odebrać pierwszeństwo do walki z Janem Błachowiczem. „Cieszyński Książę” zdążył zresztą już pogratulować 41-latkowi triumfu i uznać go jako pełnoprawnego pretendenta. Ale z zaznaczeniem, że „jeśli Adesanya nie chce zaczekać do marca, jedziemy”. Dla Janka ew. walka z Izzy’m jest teraz atrakcyjniejsza, bowiem nie oszukujmy się. Mimo iż wszyscy wiemy, że Błachowicz nie jest typem zawodnika szukającym przede wszystkim sławy, takie walki są potwornie kuszące, a ewentualne pokonanie Adesanyi da mu nieśmiertelność w historii UFC. Pokażcie mi kogoś, kto tak po prostu by to odrzucił. Oczywiście może tak być, że Adesanya nie zechce poczekać do marca, a Jan kopnie go w dupę i pójdzie walczyć z Gloverem, bo pamiętajmy. Błachowicz może nie jest taką gwiazdą jak Izzy, ale jest tak samo mistrzem jak on i to Israel chce jego pasa, a nie na odwrót, więc Polak nie musi pozwalać na stawianie sobie warunków. Zwłaszcza że aktualnie nikt nie znajdzie realnego argumentu świadczącego o tym, że Glover Teixeira zasługuje na title shota mniej niż Adesanya. Nawet jeśli styl Brazylijczyka będzie dla Jana znacznie wygodniejszy. Bo jeśli Błachowicz poczęstuje go takimi bombami jak Thiago, a istnieje spora szansa że tak się stanie, to nawet przy całej swojej wytrzymałości, Glover po prostu pójdzie lulać.

Co z kolei z Santosem? Ta porażka znacznie oddala go od kolejnej walki mistrzowskiej, ale niekoniecznie eliminuje na dobre. „Marreta” ma nieobstawionych w najbliższym czasie zawodników, z którymi mógłby się zmierzyć. Widziałbym go chociażby walczącego zimą z Aleksandarem Rakiciem. Austriacki Serb już po zdemolowaniu w sierpniu Anthony’ego Smitha wyzywał do walki zwycięzcę starcia Błachowicz vs Reyes. Na to jest jeszcze zbyt szybko, ale ew. zwycięstwo z Santosem upoważniłoby go do takich call outów. Nie wolno jednak zapominać o reszcie. Niedawno w świat poszła informacja o planowanym na luty pojedynku Dominicka Reyesa z Jirim Prochazką. UFC zapewne nie chciałoby tak szybko dawać kolejnego title shota Reyesowi, biorąc pod uwagę jak zdewastowany został w poprzednim. Ale zwycięstwo w dobrym stylu nad Czechem na pewno dostarczyłoby mu argumentów przynajmniej w nawoływaniu do kolejnego „contender fight”. Prędzej widziałbym jednak title shot dla Prochazki. Niby walka z Reyesem będzie dla niego dopiero drugą w UFC, ale w debiucie rozwalił przecież Volkana Oezdemira, który nie jest byle kim i od razu wskoczył na 5. Miejsce w rankingu UFC. Jeśli wygrałby z „Devastatorem”, mógłby się utworzyć wokół niego pewnego rodzaju hype train. A co to w UFC może oznaczać, doskonale wiemy.

Czy ktoś spoza pierwszej piątki rankingu półciężkich może w przyszłym roku dołączyć do mistrzowskiej rozgrywki? Szósty Volkan Oezdemir przez trzy lata pewnie wygrał tylko z Ilirem Latifim. Jego triumf nad Aleksandarem Rakiciem był raczej dyskusyjny, a Jiri Prochazka zgasił mu światło bardzo efektownie. Szwajcar miał się zmierzyć z Nikitą Kryłowem na tej samej gali, na której Brian Ortega pokonał Koreańskiego Zombie, ale musiał się wycofać przez uraz kolana. Być może po powrocie znów zostanie zestawiony z Ukraińcem. Kryłow (ósmy w rankingu) to dobry zawodnik do weryfikowania tych, którzy chcą dostać się do ścisłej czołówki, ale sam raczej tej poprzeczki nie przeskoczy. Podobnie jak Anthony Smith, którego prime minął. Nie widzę go w roli drugiego Glovera Teixeiry, zaliczającego super powrót za parę lat. Zwłaszcza że i Teixeira, i Rakić nie dali mu praktycznie żadnych szans. Pod koniec listopada zmierzy się z Devinem Clarkiem. Szczerze mówiąc, nawet przy całej chimeryczności byłego rywala Jana Błachowicza, nie będę bardzo zaskoczony jeśli wygra z „Lionhartem”. Jest jeszcze Johnny Walker, który odbił się ostatnio demolując Ryana Spanna, ale jak mocno można wierzyć w gościa, którego w objęcia Morfeusza wysłał Corey Anderson, a Nikita Kryłow zamęczył go w parterze? Być może Walker udowodni jeszcze, że nadaje się do czołówki. Ma w końcu bardzo mocny cios i tylko 28 lat. To jednak jeszcze nieco potrwa. Ale nie jest niemożliwe.

 

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.