MISTRZOWIE KSW, KTÓRZY MOGLIBY NAMIESZAĆ W UFC

Każda organizacja rządzi się swoimi prawami, a w szczególności ta najlepsza, czyli UFC. Wielu mistrzów innych organizacji, wchodząc w szeregi amerykańskiego giganta, zostało niejednokrotnie brutalnie zweryfikowanych. Zderzenie się ze ścianą z napisem UFC nie zawsze oznaczało jednak dla nich momentalne porzucenie amerykańskiego snu, który przyświecał im, gdy dołączali do największej na świecie organizacji. Byli tacy, którzy ścianę tę finalnie wykorzystali jako trampolinę do rozwoju swoich umiejętności i finalnego wdrapania się na wymarzony szczyt. Dobrze ich znamy.

Ostatnim głośnym transferem na linii KSW – UFC jest oczywiście były podwójny mistrz najlepszej polskiej organizacji Mateusz Gamrot. Gamer w KSW od kilku lat dzielił i rządził, nie pozostawiając złudzeń, że jego miejsce jest w UFC. Mogący pochwalić się nieskazitelnym rekordem i imponującą serią obron mistrzowskiego pasa Gamrot, dostał ostatecznie szansę debiutu w swojej wymarzonej organizacji. Debiutu, który okazał się być niestety wspomnianą wyżej weryfikacją. Polak w oparach nie do końca słusznych, zachowując odpowiednią dozę obiektywności kontrowersjach, przegrał pierwszą walkę pod banderą nowego pracodawcy z także debiutującym Guramem Kutateladze. Pojedynek został nagrodzony bonusem za walkę wieczoru, obaj zawodnicy pokazali w nim ogromne umiejętności, jednakże występ ten pokazał, że trzyliterowy skrót to jedyne podobieństwo między KSW i UFC i by podbić kategorie lekką w największej światowej organizacji, przed Gamerem jeszcze sporo pracy.

Wymarzonego startu w UFC nie miał także były mistrz KSW, a aktualny UFC w kategorii półciężkiej Jan Błachowicz. Co prawda Janek zameldował się w UFC z przytupem, odprawiając przed czasem już w pierwszej rundzie solidnego Ilira Latifi, jednak w kolejnych starciach nastąpiła używana tu jako słowo klucz „weryfikacja”. Porażki w słabym stylu z Jimim Manuwą i Coreyem Andersonem, niezbyt przekonujące zwycięstwo decyzją z mający najlepsze lata za sobą Igorem Pokrajacem, następnie przegrane z Alexandrem Gustafssonem i Patrickiem Cumminsem i po niespełna trzech latach pobytu w organizacji, Błachowicz z bilansem 2-4 pod jej banderą, stał nad przepaścią, która oznaczała koniec marzeń o zawojowaniu amerykańskiego rynku. Coś się, coś się wówczas odblokowało. Jan wrócił na zwycięski szlak, pokonując na gali w Gdańsku Devina Clarka, a kolejne trzy wygrane nad Jaredem Cannonierem, w rewanżowym starciu z Jimim Manuwą oraz w Rosji z niezwykle niebezpiecznym Nikitą Krylovem, sprawiły, że Błachowicz z walczącego ciągle o utrzymanie beniaminka sprzed kilku sezonów, znalazł się w gronie potencjalnych pretendentów do walki o pas mistrzowski. Do wywalczenia sobie pozycji pierwszego pretendenta brakowało „kropki nad i” w postaci zwycięstwa nad Thiago Santosem, co niestety się Polakowi nie udało, bowiem postanowił w trzeciej rundzie, zupełnie nie w swoim stylu ruszyć na rywala z szarżą i został idealnie przez Brazylijczyka skontrowany, po czym pierwszy raz w zawodowej karierze upadł po ciosach na deski i po kilku ciosach w parterze, sędzia zmuszony był przerwać to starcie. Wtedy wydawało się, że ostatnia szansa na walkę o pas, niemłodemu już Błachowiczowi uciekła sprzed nosa. Nic bardziej mylnego. Cieszynianin ponownie udał się w podróż po zwycięskim szlaku, zostawiając na przegranym polu legendy w osobie Ronaldo Souzy czy Luke’a Rockholda, którego potężnym lewym sierpem pozbawił jednocześnie zdrowia i złudzeń o dywizji półciężkiej. Po wygranym kolejnym w swoim karierze rewanżu przez nokaut z Coreyem Andersonem, niemal pewne było to, że mimo kilku upadków po drodze, Błachowicz na dobre utorował sobie drogę do walki o pas. Stało się. Choć mimo medialnych przepychanek i chęci Polaka na walkę z Jonem Jonesem, ten ostatecznie uciekł (?) do kategorii ciężkiej i o zwakowany pas mistrzowski Jan zmierzył się z Dominickiem Reyesem. Błachowicz nokautując Amerykanina udowodnił, że się da i droga na szczyt czasem bywa naprawdę kręta, ale meta wynagradza wszelkie napotkane na niej trudy z nawiązką.

Była, pierwszą w historii zresztą mistrzyni KSW Karolina Kowalkiewicz, w UFC miała z kolei wymarzony start. Po trzech kolejnych zwycięstwach, w tym z przyszłą mistrzynią Rose Namajunas, łodzianka stanęła przed szansą walki o pas mistrzowski podczas historycznej gali UFC 205 w Madison Square Garden, w historycznym polsko-polskim starciu na szczycie z ówczesną mistrzynią Joanną Jędrzejczyk. Kowalkiewicz pojedynek ten ostatecznie przegrała, jednak przewalczyła z rozdającą wówczas w kategorii słomkowej Jędrzejczyk pełen dystans, naruszając nawet mistrzynie mocnym ciosem. W kolejnych latach Polka walczyła już w kratkę, po porażce z Jędrzejczyk, musiała także uznać wyższość Claudi Gadelhi, następnie pokonała Jodie Esquibel oraz Felice Herrig i od tamtego czasu przegrała cztery kolejne starcia.

Kolejna mistrzyni KSW Ariane Lipski walcząc w szeregach KSW nie miała sobie równych. Brazylijka pokonywała każdą postawioną naprzeciw niej przez włodarzy KSW rywalkę. Królowa Przemocy podpisała w 2019 roku kontrakt z organizacją UFC i zaliczyła w niej delikatny falstart. Najpierw Lipski musiała uznać wyższość Joanne Calderwood, w kolejnym starciu przegrała z Molly McCann i z pewnością po tych walkach na twarzach panów Kawulskiego i Lewandowskiego nie pojawił się uśmiech. Brazylijka wróciła na zwycięskie tory pokonując dwie średniej klasy, zwłaszcza biorąc pod uwagę poziom sportowy UFC rywalki i w kolejnym pojedynku zmierzy się z młodszą, znacznie słabszą z sióstr Schevchenko – Antoniną.

Od lat toczą się również dyskusje, dotyczące mistrzów KSW , którzy ostatecznie się w UFC nie znaleźli, a swego czasu mieli nawet realne szanse w nim namieszać. Przede wszystkim Mamed Khalidov, który niejednokrotnie wyrażał chęci przejścia do amerykańskiej organizacji, dostawał od niej propozycję, ale nie zdecydował się w końcu wkroczyć w jej szeregi. W latach, w których o transferze Mameda do UFC było najgłośniej, czyli 2012-2014, jego pozycja w KSW była na tyle mocna, że można domniemać, zresztą co sam zainteresowany kilkukrotnie podkreślał, że powodem pozostania w Polsce była zbyt niska oferta finansowa ze strony amerykańskiej organizacji. Temat UFC w kontekście Mameda pojawiał się jeszcze kilkukrotnie w kolejnych latach, jednak nic w tej materii się nie zmieniło i reprezentant olsztyńskiego Arrachionu pozostał w KSW. Czy Mamed odbiłby się od ściany? Czy mógłby w UFC namieszać? Można tylko gdybać. Na pewno był jednym z tych mistrzów KSW, których można do tego potencjalnego grona zaliczyć.

Sporo mówiło się także o szansach na angaż w UFC byłego mistrza dywizji średniej KSW Michała Materli. Szczególnie w okresie, w którym Michał regularnie odbywał obozy przygotowawcze do walk w AKA, będąc jednym z głównych sparingpartnerów byłego mistrza UFC kategorii średniej Luke’a Rockholda. Również i to nie doszło do skutku, mimo że Cipao podkreślał, że znalezienie się w UFC, to jego sportowe marzenie. Podobnie jak w przypadku Mameda, powodem nie dogadania się Materli z UFC były kwestie finansowe.

Skupmy się więc na obecnych mistrzach, którzy mieliby potencjalnie szansę namieszać w UFC. KSW to samozwańcza najlepsza organizacja w Europie, choć jej wysokiej pozycji na europejskim rynku MMA nie można kwestionować. KSW z pewnością znajduje się w ścisłej czołówce obok takich organizacji jak ACA, M-1 Challenge, Cage Warriors czy Fight Nights Global. Trudno jednak stwierdzić, która z nich przoduje na Starym Kontynencie. Jedno jest natomiast pewne – w aspekcie show, KSW bije wszystko wymienione na głowę. By sporządzić taki ranking, w który i tak nie odda realnego stanu rzeczy, najbardziej zasadne byłoby porównanie mistrzów poszczególnych kategorii wagowej w danych organizacjach. Dopóki ci się jednak nie zmierzą, mija się to z celem, bo to zwykłe gdybanie. Pogdybajmy mimo wszystko. Który więc z obecnych mistrzów KSW miałby szansę na karierę w UFC. Widzę dwóch.

Przede wszystkim Roberto Soldic. Młody, bardzo dobrze wyszkolony technicznie, bardzo silny mańkut, atomowe uderzenia i kopnięcia, dobra defensywa zapaśnicza, dobre nazwiska na rozkładzie, pewność siebie, wyrachowanie, najlepsze lata jeszcze przed nim. Chorwat ma bez wątpienia papiery na UFC. Pokonywał mającego za sobą udany debiut w UFC Dricusa Du Plessisa, również byłego mistrza, którego nie wymieniłem tylko ze względu, na jego krótki okres panowania na tronie KSW i równie krótką jak dotychczas historię z UFC. Oczywiście Roberto ma także na koncie porażkę z Afrykanerem, który właśnie temu zwycięstwu zawdzięcza wywalczenia mistrzowskiego pasa. Weźmy jednak pod uwagę fakt, że Soldic jest jeszcze stosunkowo młody i popełnił w tamtym pojedynku błąd, który opłacił porażką. W starciu rewanżowym nie dał on Du Plessisowi żadnych szans, wyciągnął wnioski z pierwszego starcia, nie podpalał się i metodyczną pracą rozbił go w stójce. Soldic ma wszystkie atuty, by z powodzeniem radzić sobie w UFC, a co najważniejsze – ma jeszcze czas.

Można go nie lubić, ale nie można mu odmówić ogromnych umiejętności – Tomasz Narkun. Żyrafa udowodnił w ostatnim pojedynku, że o ile nie jest mistrzem mikrofonu, o tyle w klatce prezentuje światowy poziom. Od pięciu lat niepokonany w kategorii półciężkiej Narkun, zostawia na przegranym polu kolejnych pretendentów, udowadniając, że mimo swojego dość nieszablonowego, nieskoordynowanego stylu walki, mistrzem nie został przez przypadek. Dlaczego mógłby namieszać w UFC? A no przede wszystkim ze względu na tenże nieszablonowy styl, odporność na ciosy i fenomenalne bjj, które biorąc pod uwagę zapaśnicze usposobienie wielu zawodników, walczących w UFC, byłoby jego ogromnym atutem. Czy miałby szanse zostać mistrzem tak jak Jan Błachowicz? Wątpie. Na poziomie ścisłego topu mógłby zbytnio odstawać technicznie w stójce, bowiem jeśli chodzi o wyszkolenie techniczne w tym aspekcie Błachowicza i Narkuna dzieli delikatna przepaść.

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.