NIEPOKONANI MISTRZOWIE. W BOKSIE NORMA, W MMA FENOMEN

Nieskazitelny rekord w MMA, a zwłaszcza na najwyższym poziomie, to rzadkie zjawisko. W boksie natomiast roi się od niepokonanych mistrzów czy pretendentów. W czym tkwi więc różnica? Różnic jest kilka, a przede wszystkim dwie podstawowe.

Chcąc odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego w MMA tak trudno o niesplamiony porażką rekord, podczas gdy w boksie na poziomie mistrzowskim zawodników z zerem z tylu jest tak wielu, warto wyróżnić dwie zasadnicze różnice między tymi dyscyplinami. Po pierwsze w MMA, co oczywiste, ze względu na specyfikę tej dyscypliny jest znacznie więcej możliwości na skończenie pojedynku. By dotrzeć na szczyt, trzeba być wybitnie wszechstronnym, bądź mieć na tyle dominującą jedną płaszczyznę, a pozostałe wystarczająco dobre, tak by być w stanie zneutralizować mocne punkty rywala i narzucić swoją grę. Czyli być np. wybitnym zapaśnikiem lub parterowcem, który dysponuje bardzo dobrą defensywą stójkową oraz odpornością na ciosy i dzięki swojej niekoniecznie poukładanej technicznie, acz skutecznej stójce, może narzucać rywalowi swoją grę. Albo być np. wybitnej klasy stójkowiczem, bazującym na fenomenalnej pracy nóg, posiadającym jednocześnie świetną obronę przed sprowadzeniami i poddaniami, gdy już znajdzie się na plecach. Po tych dwóch opisach „idealnego zawodnika MMA” przychodzą na myśl dwie postaci, obie niepokonane, dzierżące pas mistrzowski największej światowej organizacji, kolejno Khabib Nurmagomedov oraz Israel Adesanya.

Kolejną podstawową różnicą między boksem a MMA, która ma wpływ na taki stan rzeczy, jest polityka budowania kariery zawodnika. W boksie częstym zjawiskiem jest tzw. budowanie rekordu zawodnika na początkowym etapie jego zawodowej przygody. Charakteryzuje się to stopniowym podwyższaniu poprzeczki, jeśli chodzi o poziom rywali, tak by ten mógł bez wrzucania go od razu na głęboką wodę i bez gwałtownych przeskoków, wypracować sobie ładnie wyglądające 15-0 i wzbudzić zainteresowanie promotorów czołowych federacji. Oczywiście nie ma nic złego w rozważnym prowadzeniu kariery zawodnika, problem natomiast pojawia się dopiero wtedy, gdy ten odbija się jak od ściany od rywala z nieco wyższej półki, niż dotychczasowi rywale, po którym miał się „przejechać”, a przewidywania bazowały jedynie na jego nieskazitelnym 15-0 z 12 nokautami i rzekomym potencjale. Koniec końców i tak rywalizacja na najwyższym poziomie weryfikuje możliwości zawodników, budowanie rekordu powoduje natomiast, że ta weryfikacja przychodzi później, często za późno, a pokonywanie „Gacków” z 0-37, by wypracować sobie „ładny” rekord, może spowalniać rozwój takiego zawodnika. Jak bowiem powszechnie wiadomo – porażki to najcenniejsze lekcje. Oczywiście zdarzają się takie postaci jak Floyd Maywather czy Tyson Fury, natomiast ile znamy przypadków, w których ta zbyt późna weryfikacja zniszczyła zawodnikowi karierę. Kluczem jak we wszystkim jest odnalezienie złotego środka. Młody zawodnik nie może zostać rzucony od razu na pożarcie, bo po porażce jego jeszcze nie zahartowana psychika może się złamać i zrazi się do sportu. Ociąganie się w podejmowaniu wyzwań z kolei może spowodować, że na wprowadzanie pewnych zmian może być już za późno, ponieważ zawodnik wypracował złe nawyki, których nie można było dostrzec w walkach ze słabszymi rywalami, a zwalczanie ich potrwało by za długo.

W MMA zjawisko budowania rekordu, dobierania sobie wygodniejszych rywali również występuje. Mam natomiast wrażenie, że jest bardziej piętnowane. Zawodnicy MMA jak mantrę powtarzają, że nie wybierają sobie rywali. O zbudowanie nieskazitelnego rekordu w MMA jest o tyle trudniej, że zwłaszcza na początkowym etapie kariery, zawodnicy nie są w stanie wypracować takiej wszechstronności, co w połączeniu z różnicą w dyscyplinach bazowych, niesie za sobą większe ryzyko poniesienia porażki. Nowe pokolenie MMA zaczyna trenować przekrojowo, nieco starsze i to najstarsze, czyli pionierzy, zaczynali od dyscyplin takich jak judo, zapasy, bjj, karate czy kickboxing, stopniowo ucząc się kolejnych dyscyplin i przechodząc tę drogę stawali się pełnoprawnymi zawodnikami MMA.

Porównując te dwie dyscypliny pod kątem zawodników, mogących pochwalić się rekordem bez porażki na najwyższym poziomie, w boksie znajdziemy ich z pewnością więcej, natomiast sporo zawodników MMA, patrząc choćby na UFC, do pewnego momentu pozostawało niepokonanymi, niewielu jednak udało się utrzymać ten bilans, a i tak sięgali później po pas mistrzowski, czy zasilali czołówkę. Można więc odnaleźć również analogię. Różnica leży właściwie, tak jak już wspominałem wcześniej – w procesie przygotowania rozpoczynającego zawodową ścieżkę zawodnika do większych wyzwań. Argumentem przemawiającym za tym, że taka polityka promotorów bokserskich ma sens, jest fakt, że w walkach bokserskich zawodnicy przyjmują statystycznie więcej ciosów na głowę i ryzyko odkładania się obrażeń, z tego wynikających, zwłaszcza u początkującego pięściarza już od samego początku kariery może być zbyt duże. Pierwsze zawodowe walki z prezentującymi o półkę lub często o cały regał niższe umiejętności rywalami można potraktować jako mocniejsze sparingi, mające na celu dać bokserowi obyć się z ringiem, publicznością, kamerami, nim wypłynie na szersze wody.

Można więc rzec, że co sport, to obyczaj. A w obu tych dyscyplinach znajdziemy mimo wszystko sporo wyjątków potwierdzających regułę. Nie chcąc prowokować wojny zagorzałych fanów obu dyscyplin, dyplomatycznie podsumuję, że każdy sport rządzi się swoimi prawami i każdy ma swoje mocniejsze i słabsze strony. Bez boksu nie byłoby MMA, a gdyby nie MMA boks nie rozwijałby się w takim tempie.

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.