W JAKIEJ ARMII BĘDZIE TERAZ SŁUŻYŁ ŻOŁNIERZ BOGA?

Gdyby zrobić listę najlepszych zawodników, którzy nigdy nie zdobyli pasa mistrzowskiego UFC, na pewno trafiłyby tam takie nazwiska jak Alistair Overeem, Tony Ferguson, czy Yoel Romero. O ile te dwa pierwsze mogą się wciąż zmienić, tak od kilku dni to ostatnie już nie. Romero rozstał się z UFC, co dla bardzo wielu było zaskoczeniem, zakrawającym o szok.  Tuż po zwolnieniu „Żołnierza Boga” ruszyła lawina spekulacji, gdzie Romero trafi teraz. Bellator, ONE, RIZIN, a nawet… KSW. Co może zatem w przyszłości czekać kubańskiego wojownika?

Jak już wspomniałem, rozstanie się z Romero przez UFC było czymś bardzo zaskakującym i niespodziewanym. Przynajmniej na samym początku. Bowiem o ile sam gdy się o tym dowiedziałem, szeroko otworzyłem oczy w zdziwieniu, jednak z perspektywy kilku dni, a także po wypowiedzi samego Dany White’a na ten temat, można zrozumieć czym kierowało się UFC. Jak prezydent amerykańskiego giganta powiedział, Romero „przegrał cztery z ostatnich pięciu walk i ma już niemal 44 lata na karku”. Przy całym eksplozywnym oraz efektownym stylu walki „Żołnierza Boga” (pomijając nieco walkę z Israelem Adesanyą), jego i tak imponującej jak na taki wiek formie, a także tym iż nigdy nie wiadomo czym jeszcze może zaskoczyć, UFC chce myśleć o przyszłości. A przyszłość nie leży w Romero.

Bowiem gdyby nawet Kubańczyk w UFC został, realnie oceniając mógłby pełnić już raczej rolę testera dla tych, którzy chcą przedostać się do absolutnej czołówki. Po przegranej z Adesanyą, wizja kolejnej walki dla Kubańczyka w przyszłości, była raczej surrealizmem. Zwłaszcza iż po ogromnym rozczarowaniu jakim była jego walka z „Last Stylebenderem” Dana White mówił, iż na miejscu Romero na nic by już nie liczył. Poza tym, po serii trzech porażek, potrzebowałby 3-4 zwycięstw z mocnymi rywalami, aby znów móc nawoływać o title shota (których miał już zresztą sporo). Coś takiego realnie oceniając, zajęłoby mu jakieś 2 lata i to przy dobrym zdrowiu. To znaczy z kolei, że kolejna walka o pas Romero mogłaby mieć miejsce w momencie, gdy miałby on już jakieś 46 lat. Bardzo mało prawdopodobne by Kubańczyk doszedł nawet do czegoś takiego, bo pomimo iż jest on typem fizycznego „freaka”, jego prime raczej minął i choć wciąż należał do czołówki, to nie wspiąłby się wyżej w takim wieku. Poza tym, przy znacznie młodszych gwiazdach pokroju Adesanyi, Roberta Whittakera, Paulo Costy, czy nacierających na Top średnich m.in. Marvinie Vettorim, czy Kevinie Hollandzie, UFC nie miało już takiego interesu w mocnym stawianiu na Romero. Choć przyznać trzeba, że komercyjnie, rozstanie z nim to jest spora strata, bo popularnością u fanów cieszył się sporą. Jego „miłosne wyznania” względem Michaela Bispinga, wyjątkowy nawet jak na Latynosa sposób mówienia po angielsku, czy po prostu ciekawy styl bycia, po dziś dzień robią w Internecie furorę.

Gdzie zatem trafić może Romero? Opcji jest wiele. Bowiem jak wspominałem, pomimo wieku i serii porażek, Kubańczyk to wciąż znakomity zawodnik. Nawet pomimo iż jego absolutny prime już minął. Siła jego ciosu wciąż może budzić szacunek. Na rozkładzie ma choćby Lyoto Machidę, Chrisa Weidmana, a Luke’a Rockholda wysłał w ramiona Morfeusza jeszcze zanim z dziką radością oraz nawet lepszym skutkiem, uczynił to Jan Błachowicz. Poza tym zapewnił Robertowi Whittakerowi najtrudniejsze 10 rund jego życia. Nawet pomimo iż to już nie TEN poziom, to wciąż Romero stać na wojny z bardzo dobrymi zawodnikami.

Tak już się przyjęło, że gdy jakiś zawodnik o wyrobionym już nazwisku odchodzi z UFC, wszyscy od razu myślą: Bellator. Zresztą w przypadku Romero byłoby to jak najbardziej ciekawe rozwiązanie. Wśród tamtejszych średnich, na wyobraźnię potrafią zadziałać jego potencjalne starcia z Gerardem Mousasim, Douglasem Limą, czy nawet rewanż z Lyoto Machidą. Nie wiadomo jednak czy w przypadku powrotu, „Żołnierz Boga” nie daruje sobie ścinania wagi aż tak bardzo i nie zacznie walczyć w półciężkiej. Wszakże jak wiadomo, kłopoty ze zrobieniem wagi nieraz miewał i ogólnie jak na średnią, był z niego kawał „konia”. Ale nawet jeśli, to Ryan Bader czy Vadim Nemkov na ofertę starcia z Yoelem na pewno nadstawią uszu. Problem w tym, że wedle słów Ariela Helwaniego z ostatniego podcastu z Danielem Cormierem, Bellator nie jest zainteresowany Kubańczykiem. Jest to spowodowane tym, że nie chcą być już więcej kojarzeni jako zbieracze „odrzutów” z UFC. Tylko że Romero to nie jest pierwszy lepszy gość odpalony przez Danę White’a. Jak wspominałem, ma on mnóstwo fanów i gdziekolwiek nie trafi, tam wielu będzie zainteresowanych jego walką. Poza tym poziom sportowy tutaj też się zgadza. Nie każdego bowiem UFC żegna zaraz po przegranej walce o pas.

No ale dobrze, załóżmy że faktycznie Bellator się nie skusi. Wiemy na pewno, że Kubańczykiem interesuje się federacja Bare Knuckle Fighting Championship, co potwierdzał już szef organizacji David Feldman. Yoel Romero na gołe pięści? Podoba mi się. Styl „Żołnierza Boga” czy rzeź, w połączeniu z walką na gołe pięści, gdzie nie masz za bardzo wyjścia i musisz przeć do przodu, bo inaczej nie wygrasz, mogą dać coś bardzo interesującego. Wracając do formuły MMA, możliwe że Romero trafi też choćby do ONE czy japońskiego RIZIN. Niewykluczony jest również kierunek rosyjski, jak Fight Nights Global czy ACA. Skoro zbliżamy się geograficznie do Europy, należy zapytać, a co z naszym KSW?

Niech mnie ktoś uzna za szaleńca, ale szczerze? To absolutnie nie jest niemożliwe i pod wieloma względami, byłoby nawet ciekawe. Pierwszy aspekt, to oczywiście finanse. Skuszenie Romero na pewno nie byłoby tanie i KSW musiałoby głębiej zajrzeć do kieszeni, ale nie wydaje mi się, aby to był zawodnik, który za wszelką cenę chce dobrze zarobić, a KSW i tak doskonale wiedziałoby jak traktować go jak absolutną gwiazdę. Zresztą dla wielu innych organizacji, podpisanie takiej gwiazdy jest równie dużą sprawą, zwłaszcza w okresie pandemii. Poza tym, podpisanie przez KSW „Żołnierza Boga” zwróciłoby na polską federację wiele oczu zza oceanu, a tak właściwie to nawet z całego świata, co na dłuższą metę, mogłoby wiele dać samemu KSW, jak i zawodnikom w nim występującym. Druga kwestia, aspekt sportowy. My Polacy lubimy nieco deprecjonować krajowe podwórko. Ale czy zawodnicy tacy jak Roberto Soldić i Mamed Khalidov (może za jakiś czas Cezary Kęsik) w średniej, bądź Tomasz Narkun, niedoceniany mimo wszystko, w półciężkiej, nie byliby dla Romero wyzwaniem? Moim zdaniem jak najbardziej i to sporym. Soldić/Khalidov vs Romero? Po prostu weźcie moje pieniądze. Piszę się na to. Martin Lewandowski i Maciej Kawulski nie odnieśli się jeszcze w żaden sposób do potencjalnego zatrudnienia Kubańczyka. Absolutnie nie oczekuję Romero w KSW, ale jeśli faktycznie do tego by doszło, nie będę w szoku. Po prostu pójdę i zaznaczę sobie datę debiutu Yoela grubym, czerwonym markerem na kalendarzu.

Wiadome jest jedno. Gdziekolwiek nie trafi „Żołnierz Boga” , owa federacja zyska potężnego zawodnika. Także panie Romero, niezależnie gdzie Pan trafisz, „see you soon, boi”.

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.