LEE, BRUCE

Lee Siao Lung (Mały Smok), czyli powszechnie znany Bruce Lee, jest po pierwsze postacią dość kontrowersyjną, po drugie - legendarną. Tu powstaje problem, bo, po pierwsze, nie zamierzam tutaj nikogo oceniać, a po drugie nie wiem czy mam przedstawić jego legendę, czy jego osobę. Do tej pory nie wiem co z tego wyjdzie. Lubię legendy i bardzo prawdopodobne, że ulegnę magii niesamowitości, ale z drugiej strony potrafię czasem logicznie i trzeźwo myśleć. Czasem, to prawda, ale nie zawsze. Tak wiec z niepokojem czekam na to co napiszę. I od razu chcę powiedzieć, że czekam na opinie innych i jestem otwarta na wszelkie argumenty, byleby choć trochę logiczne.

To, że Bruce przyszedł na ten świat 27. listopada 1940 r. w San Francisco jako Lee Jun Fan , nie ulega chyba najmniejszej wątpliwości. Trochę wątpliwości budzi natomiast w jaki sposób w metryce znalazło się Bruce, podobno wpisała je położna, zresztą jest to chyba (ale nie na pewno) amerykański odpowiednik. Tego, że rok 1940 był Rokiem Smoka, tez nie można zaprzeczyć. Stąd zresztą wynika późniejsza ksywka - Mały Smok. Jakby ktoś nie wiedział czemu mały to podaję kilka cyferek: 170 cm i 60 kg.

W ogóle całe dzieciństwo ukazuje się dosyć klarownie. Rodzice nadali mu też dziewczęce imię Si Fong. Nie chodziło bynajmniej o to, że chcieli mieć córeczkę. Rok wcześniej zmarło im dziecko, a w Chinach wierzono, że duchy zmarłych dzieci przychodzą aby zabrać pierworodnego syna. Wiec chodziło po prostu o oszukanie duchów. Czy się udało?

Bruce miał dwóch braci i dwie siostry. Ojciec rodziny - Lee Hoi Chuen - był śpiewakiem w Operze Kantońskiej. Matka - Grace - chyba zresztą też, ale znów nie na sto procent. Oboje skorzystali z okazji wyjazdu do Ameryki na kilkumiesięczne tourne. Zostali to do końca II Wojny, chociaż Ameryka niekoniecznie przypadła im do gustu.

Bruce bardzo wcześnie poznał plan filmowy. Pierwszy raz "zagrał" w 1941 r. Tak, tak, jeszcze jako niemowlak. Było to film pt. "Golden Gate Girl."

Po wojnie rodzinka postanowiła wrócić do Hongkongu. Hoi Chuen był tu bardzo popularny. Przez jego dom przechodziła cała śmietanka tamtejszego show biznesu. Tatuś wykorzystał swoje znajomości i mały Bruce już na dobre zagościł na ekranach. Pierwszy film w którym rzeczywiście zagrał to "The Birth of Mankind". Miał wtedy sześć lat. Od tego czasu do momentu opuszczenia Chin zagrał w mniej więcej dwudziestu filmach. Była rozpoznawany na ulicach. Ale największą sławę przyniósł mu ostatni film z tego okresu - The Orphan. Po wejściu "Sieroty" na ekrany był już prawdziwą gwiazdą Hongkongu, idolem nastolatków. Charakter jego ról - romantyczny buntownik, coś na wzór Jamesa Deana - przysporzył mu licznego grona młodych wielbicielek. Bruce nie należał do tych, którzy wszystkiego się boją. Swojej sławie zawdzięczał niezliczoną liczbę bójek. A należy dodać, że ówczesny Hongkong nie był oazą spokoju. Młodociane gangi stanowiły rzeczywistość. Właśnie w jednym z takich "kółek młodzieżowych" Bruce poznał Cheung Chuk Hing'a (późniejszego Wiliama Cheung'a). Jemu zawdzięcza początek przygody ze sztukami walki. Co prawda jako mały chłopiec ćwiczył wraz z rodzeństwem Tai Chi Chaun pod opieka ojca, ale wszyscy traktowali to jako rodzaj gimnastyki nie mający nic wspólnego z walką. Natomiast Cheung Chuk Hing zaprowadził go do Yip Man'a - mistrza Wing Chun. Było to w 1954r, Bruce miał pechowe (?) 13 lat. Bruce'owi przypadł do gustu ten sposób spędzania wolnego czasu. Poświęcał temu wiele energii. Chciał być najlepszy. Lekcje właściwie były grupowe jednak naszemu bohaterowi zdarzało się, np. przychodzić trochę przed zajęciami i stojąc na schodach przed domem mistrza mówić wszystkim przychodzącym, że dzisiaj lekcje są odwołane. To dawało mu nauczyciela "na własność", nie musiał się nim z nikim dzielić. Szybko opanował Wing Chun. Czuł jednak, że to za mało. Postanowił spróbować swoich sił w innych sztukach walki. Już w szkole, na w-f-ie, poznał boks.

Tu jeszcze trzeba wspomnieć o jednej ze zdolności Bruce'a. Mianowicie był znakomitym tancerzem, szczególnie jeśli idzie o cha-chę, która, notabene, była wówczas bardzo popularna. W 1958 r. został królem tegoż tańca w Hongkongu.

Po skończeniu szkoły zmuszony został do opuszczenia Hongkongu. Złożyły się na to głównie 2 fakty. Po pierwsze wdał się w wojnę gangów, a że był dobry w tym co robił, musiał uciekać przed odpowiedzialnością karną. Po drugie, miał prawo do obywatelstwa amerykańskiego, jako, że tam właśnie przyszedł na świat. Musiał tam tylko wrócić przed ukończeniem osiemnastego roku życia, a do tego niewiele mu już brakowało.

W maju 1959 Bruce Lee wsiadł na statek do Ameryki. Przyjechał do San Francisco jednak szybko przeprowadził się do Seattle. Życie na Nowym Kontynencie wcale, a wcale nie przypominało sielanki. W Hongkongu gwiazda kina w USA kelner w chińskiej restauracji dorabiający jako tancerz. Rzuca jednak pracę w restauracji i podejmuje studia na Wydziale Filozofii Uniwersytetu w Seattle. Dodatkowe pieniądze przynosiło mu nauczanie kung fu, co prawda najpierw na podwórkach, w parkach i zaułkach. Ze względu na to, ze interes się rozwijał Bruce postanowił założyć własną szkołę, którą nazwał Jun-Fan Kung-Fu Institute. Był to też powód dla którego nie skończył studiów. To, że nie miał ani zezwolenia, ani uprawnień do otwarcia i prowadzenia takiej instytucji nie przeszkadzało nikomu, a szczególnie uczniom, którzy ciągle napływali. Był to po części skutek wielkiego boom'u na sztuki walki w Ameryce lat sześćdziesiątych. Dla przeciętnego zjadacza amerykańskiego chleba każdy skośnooki był z pewnością wielkim mistrzem w "martial arts" . W połowie lat 60-tych Bruce staje się popularny w kręgach hoolywoodzkich. Przez jego ręce przewinęły się postacie takie jak: Jamesa Garnera, Steve'a McQueena, Jamesa Coburna, Lee Marvina, Roman Polański, Ed Parker. Od takich osobistości brał nawet i 500 dolarów za lekcję. A oni płacili. Bruce był ewenementem, bo uczył wszystkich, niezależnie od pochodzenia i koloru skóry. Natomiast starzy mistrzowie nie dopuszczali do swojej wiedzy białych. Uważali, że nie są oni w stanie zrozumieć naprawdę drogi, którą jest kung fu. Potępiali więc postępowanie Małego Smoka. Bruce doskonale zdawał sobie sprawę ze swojego położenia, dlatego też postanowił sprowadzić do Stanów swojego pierwszego mistrza Yip Mana. Proponował mu za to pokaźną sumkę. Jednak ten odmówił: "Dam ci ostatnią lekcję - nie wszystko można kupić za pieniądze". Wszystko skończyło się tym, że urażony uczeń nie przyjechał na pogrzeb mistrza w 1972 r.

Chwilowo zmienię temat, ale zamierzam jeszcze wrócić do rozwoju Jun-Fan Kung-Fu Institute. Tymczasem napiszę coś o uczuciach Bruce'a. Na jednym z treningów poznał miłość swojego życia. Było to w październiku 1963 roku. Niecały rok później, 17 sierpnia Bruce zmienił swój stan cywilny. Szczęśliwą wybranką była studentka medycyny, z pochodzenia Szwedka - Linda Emery. Pobrali się w Kaplicy Uniwersytetu Waszyngtona o godzinie 14.00. Urodziła mu córeczkę i syna: Sharon (19 kwietnia 1969) oraz Brandona. Gok Ho Bruce'a Lee (Gok Ho to chińskie imię, znaczy Bohater Narodowy) przyszedł na świat 1 lutego 1965 . Tatuś był bardzo szczęśliwy. Jednak pełne szczęście nie trwało długo. Dokładnie tydzień minął od urodzin synka do śmierci ojca. Na ten czas przypada jeszcze jedno "miłe" wydarzenie mianowicie Chińska Wspólnota Kung Fu wyzwała Bruce'a na pojedynek z jednym ze swoich mistrzów. Wynik miał ostatecznie rozstrzygnąć o przyszłości szkoły Małego Smoka. Gdyby przegrał musiałby zamknąć szkołę, jeśli jednak wygra może uczyć kogo chce i nikt nie ma prawa mu nic zabraniać. Bruce wygrał. Walczył w tradycyjnym stylu i mimo, że wygrał, zdał sobie sprawę z tego ile jeszcze trzeba zmienić, aby ta sztuka walki była naprawdę skuteczna. W końcu od wieków nikt nie śmiał jej ruszyć, a świat nieubłaganie pędził na przód. Zaczął więc eksperymentować ze stylami kung fu i różnymi innymi sztukami walki (karate, kung fu, taekwondo, tai chi, kickboxing). Szukał skuteczności i pod tym kątem przerabiał znane przez siebie techniki. Tak powstało Jeet Kune Do.

Rok 1964 przyniósł Bruce'owi znajomość z Edem Parkerem, który był jednym z nielicznych w tamtych czasach autorytetem w dziedzinie japońskich sztuk walki w Stanach. Rezultatem znajomości był pokaz dany przez Małego Smoka na zawodach w Long Beach. To dzięki temu Bruce stał się znany w kręgach świata sztuk walki zachodniego wybrzeża i w Hollywood. Zainteresował się nim jeden z producentów seriali. Tak się składało że szukał akurat jakiegoś "skośnookiego ozdobnika". Dostał rolę w serialu "Green Hornet" ("Zielony Szerszeń"). Jakkolwiek było to już posunięcie w dziedzinie tolerancji w Hollywood, gdyż do tej pory nikt nie wyobrażał sobie, że w telewizji amerykańskiej może grać jakiś żółtoskóry. Nawet gdy rola tego wymagała. Wtedy po prostu białego stylizowano, makijaż, fryzura, te sprawy...

Ale wracając do "Green Hornet'a". Spotkałam się już z kilkoma wersjami roli jaką grał tam Bruce. Od głównego bohatera po kaskadera jednego z aktorów drugoplanowych. Jednak zawsze jako Kato, tyle, że nikt dokładnie nie wie kto to, ten Kato. Więc pokusiłam się o wyjaśnienie tej sprawy. Prawdopodobnie rozbieżności te wynikają stąd, że w Polsce nikt o tym serialu nic nie wie. Tak więc pomyślałam sobie, że można by poszukać gdzieś za granicą. I oto jakie są wyniki mojego śledztwa: Kato był pomocnikiem bohatera tytułowego, czyli Zielonego Szerszenia. Jest to osobnik w stylu Batmana. Poszukiwany przez policję obrońca słabych i pogromca przestępców. Zarówno on jak i jego pomocnik, czyli właśnie Kato, noszą czarne maski, tak aby nikt nie mógł ich rozpoznać. Mają do tego super autko przeznaczone do celów bojowych i nie tylko, znane jako Black Beauty. Do tego dołączają sceny walki układane przez Bruce'a. Jakkolwiek było serial okazał się kompletną klapą. Był na ekranach raptem jeden sezon.

Dla Bruce'a nie był to na szczęście koniec kariery. Właściwie byłby gdyby nie to, że telewizja w Hongkongu nie miała dużych funduszy, a serial ze względu na niepowodzenie był bardzo tani. Takim to sposobem "Zielony Szerszeń" trafił do Chin. Zmieniono tylko tytuł. Chcąc podkreślić udział rodaka w amerykańskiej produkcji nazwano go "Kato Show". Chińczycy widzieli Bruce'a jako gwiazdę amerykańskiej telewizji. A, że jak już pisałam przemysł filmowy nie znał tolerancji rasowej, szybko zdobył popularność.

W USA nie było dla niego pracy, szczególnie, że zamknął swoją szkółkę w Seattle, więc postanowił wrócić do Hongkongu. Był rok 1970.

Początkowo Bruce próbował nawiązać współpracę ze słynną w Azji wytwórnią - Shaw Brothers. Nie mogli się jednak dogadać. Albo Bruce chciał za dużo, albo oni dawali mu za mało. Przez to (albo dzięki temu) poznał producenta Raymonda Chow. A to z kolei dało początek współpracy z wytwórnią Golden Harvest Studio. Tak powstał "The Big Boss". Początkowo Bruce miał grać rolę drugoplanową, jednak popis jaki dał podczas przygotowań do kręcenia zdjęć wprawił w zachwyt nie tylko reżysera. Został głównym bohaterem. "Wielki szef" odniósł wielki sukces, ale w Azji, a nie jak marzył Bruce, za oceanem. Zaraz po nim powstała "Wściekła pięść". Również wielki sukces kinowy. Scena, w której Lee rozbija kopnięciem z wyskoku tablicę z napisem: "Chińczykom i psom wstęp wzbroniony" przeszła już do klasyki kina. "Fist of Fury" przebił nawet popularnością poprzednią produkcję. Chociaż gaża Bruce'a za oba filmy przyniosła w sumie 15 tyś. dolarów, co było sumą rekordową na tą część świata, nie wystarczyła jednak nawet na wyjście z długów. Do tego doszły jeszcze konflikty z reżyserem Lo Wei.

Po wygaśnięciu kontraktu Bruce razem z Raymondem Chow założył własną wytwórnię filmową - Golden Harvest Film Production. I tak powstaje przełomowy w historii kung fu film, z Chuckiem Norrisem - "Way of the Dragon". Pojedynek Chuck'a z Bruce'm Lee w rzymskim Koloseum również zapisał się na stałe w historii filmów kung fu. Następny hit filmowy to legendarny już "Enter the Dragon" (początkowo tytuł brzmiał "Bladen Still") . To właśnie "Wejściu Smoka" Bruce zawdzięcza zainteresowanie Ameryki.

I tu zaczyna się grząski teren. Mianowicie podczas nagrywania dialogów (10.V.73 r.) pod film Bruceowi zrobiło się słabo. Wyszedł do łazienki i tu stracił przytomność. Przywieziono go do szpitala z problemami w oddychaniu, konwulsjami i zanikiem mowy, był siny, obficie się pocił, miał sztywny kark. Minęło pół godziny zanim odzyskał świadomość. Poddano go tracheotomii aby zapewnić lepszy dostęp tlenu. Podano mu również manitol i jego stan zaczął się poprawiać. Lekarze skontaktowali się z neurochirurgiem Lu, który przyjął Bruce'a do swojej kliniki. Podano go gruntowemu przebadaniu. Stwierdzono obrzęk mózgu. Lekarze podejrzewali, że może to być skutek używania haszyszu. Tzn. że być może Bruce jest na niego uczulony. W tamtych czasach był on uznawany za używkę nieszkodliwą, powszechnie stosowaną. Stan zdrowia Bruce'a wracał jednak do normy tak więc postanowił on zająć się pracą "Game of Death".

I przyszedł feralny 20 lipca roku 1973. Bruce odwiedził Betty Ting Pei - początkującą aktorkę, przyjaciółkę, niektórzy mówią kochankę. Mieli rozmawiać na temat scenariuszu do "Śmiertelnej gry". I poskarżył się jej na ból głowy. A ona czując potrzebę niesienia pomocy bliźniemu podała mu tabletkę przeciwbólową Equagesic. I Bruce popił ją alkoholem, prawdopodobnie. Ale nie pomogło. A nawet przeciwnie. Bruce położył się i zasnął (stracił przytomność?). Gdy tak leżał Betty doszła do wniosku, że może coś jest nie tak. I spróbowała go obudzić. Ale bez skutku. Pierwszy jej odruch to telefon do Raymonda Chowa. Ten szybko zjawił się na miejscu i wezwał karetkę. Za późno. Do szpitala Bruce dojechał martwy. Zgon stwierdzono dopiero o godzinie 23.22. A to z tego powodu, iż nikt nie chciał być tym który powie ludziom, że bohater nie żyje.

A teraz temat jeszcze bardziej grząski. Powody śmierci. Miałam się w to nie bawić, ale chyba coś na ten temat napiszę. Teorie są różne. Na pewno przyczyną bezpośrednią był obrzęk mózgu. W organizmie Bruce'a stwierdzono obecność haszyszu. Lekarze wysuwali hipotezy o uczuleniu na składniki podanej mu przez Betty tabletki, lub kombinacje z innymi składnikami które znajdowały się w organizmie - alkohol, haszysz.

Raymond Chow chcąc uniknąć skandalu podał do wiadomości publicznej, że ciało Bruce'a znaleziono w studiu. Później jednak przyznał się do kłamstwa. Ale to dało grunt do plenienia się nowych teorii na temat przyczyn śmierci Małego Smoka. I tak na przykład: Bruce został pobity przez grupę japońskich mistrzów o których się niepochlebnie wypowiadał lub zabił go Raymond Chow, bo Bruce chciał kręcić filmy w USA, albo jest to sprawka chińskiej mafii, z którą nie chciał współpracować, a może zabił go Run Run Shaw konkurencyjny producent z Hongkongu, sterydy....? A może po prostu był przemęczony, od dłuższego czasu każdą wolną chwilę poświęcał pracy, prawie nie sypiał, chciał nadrobić stracone lata, nie dawał rady, pomocy szukał w narkotykach...?

Tu należy dodać: z tym, że nie na pewno. Tyczy się to znacznej części mojej pracy, a szczególnie od momentu "I tu zaczyna się grząski teren".

Pewne jest to co czytamy w oficjalnym oświadczeniu na ten temat: "Bruce Lee zmarł na skutek splotu nieszczęśliwych wydarzeń". Miał 33 lata.

Oficjalny pogrzeb odbył się 24 lipca w Hongkongu. Trumnę ustawiono w teatrze Markiz, było czuwanie przy świecach. Na pogrzebie przy trumnie szło tysiące fanów. Linda, dziewięcioletni Brandon i czteroletnia Sharon ubrani w tradycyjne, żałobne stroje chińskie oddali się ceremonii.

Drugi pogrzeb, to ten dla najbliższych, miał miejsce 31 sierpnia w Seattle. Bruce został pochowany na tamtejszym cmentarzu Lakeview. Jego nagrobek ma kształt otwartej księgi.

I tu się kończy moja wersja zdarzeń. Mam nadzieję chociaż trochę obiektywna. Bo nie będę pisać o tym co mu zawdzięcza świat. To już dopiszcie sobie sami.

Na koniec coś z serii: "a Bruce powiedział..."
"Ludzie przychodzą i mówią mi: - Hej Bruce, czy naprawdę jesteś taki dobry? A ja na to: gdybym powiedział, że jestem, prawdopodobnie pomyślałbyś, że się chwalę, a gdybym powiedział, że nie jestem dobry, wiedziałbyś, że kłamię. Tak naprawdę, to mogę dać łupnia każdemu człowiekowi, który chodzi po tym świecie".

Dodaj do:    Dodaj do Facebook.com Dodaj do Google+ Dodaj do Twitter.com Translate to English

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
 Autor komentarza: ghostdog
Data: 27-05-2010 19:07:21 
Świetnie że postanowiłaś napisać o Bruce Lee.To był dopiero gość.
 Autor komentarza: juniorkrk
Data: 28-05-2010 01:16:56 
Ostatnio oglądałem program Fighting Words z Basem Ruttenem - by kolejny raz przekonać się jak fantastyczny to fighter, człowiek, osobowość. Ale nie o tym. Mówił w każdym razie, że prawdziwego fightera poznaje się po tym, że cały czas myśli o walce, o sposobach walki, o nowych kombinacjach. Podał tu za przykład właśnie Bruce'a Lee. Mówił że na jednym z filmów, Bruce, nieudolnie bo nieudolnie, ale zakłada przeciwnikowi .. Balachę! Już w tamtych latach wiedział, próbował i eksperymentował z innymi stylami.
Minęło tyle lat, a on ciągle jest niedoścignioną legendą.

Ja pamiętam też filmik, na którym Bruce nokautuje jednego gościa. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to - że sytuacja była umówiona. Gość wiedział że Bruce kopać będzie prawą nogą na głowę - mimo tego czterokrotnie nie był w stanie podnieść gardy wyżej szybciej niż Bruce kopał. Nie do wiary, jaki on miał dynamit w ruchach..
 
Aby móc komentować, musisz być zarejestrowanym i zalogowanym użytkownikiem serwisu.